Zawsze uśmiechnięta, zawsze wyważona, zawsze profesjonalna. Grażyna Torbicka ma jednak swój wentyl bezpieczeństwa - i ma on na imię Adam.

Dwadzieścia lat prowadzenia festiwalu filmowego, dekady w telewizji i radiu, setki rozmów z twórcami kina z całego świata. Grażyna Torbicka robi wrażenie kobiety, której naprawdę nic nie wyprowadza z równowagi. Okazuje się, że to tylko połowa prawdy.

"Tak, ale w czterech ścianach" - Torbicka przyznaje się do wybuchów

W rozmowie z Katarzyną Janowską dla "Newsweeka" dziennikarka filmowa po raz pierwszy powiedziała wprost: nerwy jej puszczają. Tyle że robi to wyłącznie za zamkniętymi drzwiami. "Tak, ale w czterech ścianach" - odparła bez owijania w bawełnę, gdy Janowska zapytała, czy za tą nienaganną fasadą kryją się jednak jakieś wybuchy złości.

Janowska stwierdziła od razu, że skoro tak - to mąż Torbickiej musi pełnić rolę osobistego odbojnika. I nie pomyliła się.

Mąż Adam - człowiek od spraw nie do zniesienia

Torbicka co do zasady stara się nie wciągać bliskich w zawodowe problemy. Ale Adam - jak sama przyznała w wywiadzie - i tak jest dla niej fundamentem. "Adam jest na pewno oparciem. Pomaga mi znieść sytuacje nie do zniesienia" - powiedziała wprost.

Brzmi jak człowiek z żelazną cierpliwością. Albo po prostu kocha ją bezwarunkowo - co w branży medialnej, gdzie frustracje spiętrzają się błyskawicznie, nie jest wcale takie oczywiste.

Sama Torbicka dodała przy okazji, że w dziennikarstwie filmowym trudnych sytuacji nie brakuje. Jej recepta jest prosta: nie można się im dać zjeść. "Ja się nie daję" - podsumowała, i w tych trzech słowach zmieściła chyba całą filozofię swoich dwudziestu lat przy festiwalu "Dwa Brzegi" w Kazimierzu Dolnym.

Festiwal w tym roku świętuje dwudziestolecie. Torbicka, jego dyrektorka artystyczna od samego początku, uważa, że kino przez te dwie dekady zmieniło się mniej, niż wszyscy myślą. "Najważniejszym wskaźnikiem dla mnie jest wrażliwość i prawda, jaka płynie z kontaktu dzieła sztuki z odbiorcą" - mówiła w tym samym wywiadzie.

Ikona polskiego dziennikarstwa filmowego z wybuchami złości w czterech ścianach i mężem, który to wszystko znosi - jakoś ta wersja Torbickiej jest nawet bardziej sympatyczna niż ta ze szklanego ekranu. Co myślicie?