Po każdym rozwodzie wychodził z sądu z niczym - dosłownie. Tadeusz Ross zostawiał żonom mieszkanie, meble, wszystko. I zaczynał od zera po raz kolejny.

Po każdym rozwodzie wychodził z sądu z niczym - dosłownie. Tadeusz Ross zostawiał żonom mieszkanie, meble, wszystko. I zaczynał od zera po raz kolejny.

Pięć razy stawał na ślubnym kobiercu. Siedmioro dzieci z różnych związków. Aktor i satyryk nie krył w autobiografii Życie przerosło kabaret, że całe życie gonił za miłością - i równie często od niej uciekał.

Płakał na każdej rozprawie - i wychodził z pustymi rękami

Ross przyznał wprost: na każdej z pięciu rozpraw rozwodowych płakał, a po każdej zostawiał byłej żonie cały majątek. Nie dlatego, że musiał - po prostu tak działał. Brał swoje rzeczy osobiste i znikał. Raz spał w teatralnej garderobie na polowym łóżku.

"Przyczyną moich rozwodów nigdy nie była nuda. Na każdej rozprawie płakałem. Odchodziłem, zostawiając cały dobytek. I zaczynałem wszystko od początku" - napisał we wspomnieniach.

Pierwszą żoną była Ewa - koleżanka z warszawskiej szkoły teatralnej, trochę starsza, bardziej doświadczona. Ross miał 24 lata, gdy urodziła się ich córka Monika. Małżeństwo rozpadło się, gdy dziecko miało trzy lata. "Z Ewą kłóciliśmy się właściwie od początku. Byliśmy niedopasowani, jak mało kto" - wspominał.

Jedną z kolejnych żon była Małgorzata Potocka - tancerka i choreografka, założycielka Teatru Sabat. Ich związek przetrwał zaledwie kilkanaście miesięcy. "Byliśmy za młodzi, żeby zostać ze sobą na zawsze. Ale całe życie mieliśmy taką relację, jakiej on nie miał z żadną inną kobietą" - mówiła Potocka w wywiadzie dla "Vivy!" już po śmierci aktora. Rozstali się, bo - jak sama przyznała - żadne z nich nie potrafiło dochować wierności.

Miłość życia była o 30 lat młodsza. Przeżyli razem trzy dekady

Gdy Ross zbliżał się do pięćdziesiątki, koleżanka-aktorka poprosiła go o wywiad dla młodej dziennikarki. Zgodził się. Sonia miała wtedy 20 lat i była jeszcze studentką. Zakochała się w nim od razu - i odwzajemniła jego uczucie.

"Nie mogło się skończyć na flircie. Jeśli wierzyć w przeznaczenie, to Sonia właśnie mnie była przeznaczona. Tylko ona i nikt inny" - napisał po latach.

Sonia Kosiecka-Ross okazała się ostatnią i - jak sam twierdził - jedyną prawdziwą miłością jego życia. Przeżyli razem 30 lat. Wychowali trzy córki: Matyldę, Nataszę i Klementynę. Ross wyznał przed śmiercią, że przez całe życie najbardziej bał się samotności. Pięć małżeństw, łzy w sądzie i meble zostawiane byłym żonom - to była jego cena za to, żeby jej nie czuć.

Czy taka szczerość w autobiografii to odwaga, czy po prostu rachunek sumienia wystawiony za późno? Piszcie w komentarzach.