Dwa i pół godziny w nocy, tłum coraz mniejszy, scena pusta. Smolasty miał zagrać w Polkowicach o 23:30 - pojawił się o 2:00.

Niespełna dwa lata temu cała branża muzyczna rozmawiała o Smolastym - i nie w samych superlatywach. Piosenkarz spóźnił się wówczas dwie godziny na własny koncert, a potem przerwał go, żeby poskarżyć się na zmęczenie i zrzucić winę na agenta. Przeprosiny, przerwa, powrót. Wydawało się, że temat zamknięty.

Nie jest.

Polkowice, sobotnia noc i 2,5 godziny czekania

W ubiegły weekend Smolasty miał być gwiazdą Dni Polkowic na Dolnym Śląsku. Obok niego na scenie pojawili się Skolim oraz Kalwi i Remi. Gwiazda wieczoru - jak podają relacje uczestników - dotarła na miejsce z prawie dwuipółgodzinnym opóźnieniem. Zamiast zaśpiewać o 23:30, Norbert Smoliński przywitał się z publicznością dopiero po 2:00 w nocy.

Fani nie gryzli się w język. "Ale koncert Smolatego to żart nieśmieszny. (...) Już nie chodzi o spóźnienie dwie godziny, ale miał śpiewać długo, a trwało to może 40 minut" - pisał jeden z uczestników w mediach społecznościowych. "Jak można spóźnić się 2h? Większość ludzi poszło, bo mieli wywalone na 'pańcia', który nie potrafi być na ustaloną godzinę. Żenada" - wtórował mu inny. Pojawiły się też głosy o stracie pieniędzy na bilet.

Oświadczenie agenta: helikopter, pogoda i Warszawa

Odpowiedź ze strony Smolastego przyszła szybko - w formie oficjalnego oświadczenia managementu. Agent wokalisty tłumaczył, że organizator od początku wiedział o wcześniejszym koncercie w Warszawie. "Wielokrotnie prosiliśmy o przełożenie koncertu na 14 czerwca" - czytamy w komunikacie.

Jak podaje manager artysty, ekipa zrobiła wszystko, by zdążyć ze stolicy do Polkowic - ponad 400 kilometrów od Warszawy. "Na wyraźne prośby organizatora zapewniliśmy artyście transport helikopterem, jednak ze względu na (...) warunki pogodowe lot został odwołany. Aby dotrzeć na koncert, artysta ruszył w trasę samochodem, co, oczywiście, trwało dłużej niż planowany lot" - wyjaśnia. Management zarzuca organizatorom, że mimo informowania ich na bieżąco o sytuacji, ci nie przekazali publiczności żadnej informacji o opóźnieniu. "Opinie o spóźnieniu i lekceważeniu fanów (...) mijają się z prawdą" - brzmi konkluzja oświadczenia.

Kto tu ma rację - artysta czy organizatorzy? Pewne jest jedno: fani stali w nocy i czekali. I podobno po blisko dwóch i pół godzinach dostali 40-minutowy koncert.

Czy po tej historii Smolasty wyciągnie jakieś wnioski z układania grafiku - albo organizatorzy nauczą się lepiej informować widownię? Piszcie w komentarzach, czy bylibyście w stanie wybaczyć takiemu artyście.