Numer wciąż jest w telefonie. Kamys łapał za niego, żeby wysłać Joasi nowy obraz - i dopiero wtedy zdawał sobie sprawę, że nie ma do kogo.
17 lipca minął dokładnie rok od śmierci Joanny Kołaczkowskiej. Artystka odeszła w nocy z 16 na 17 lipca 2025 roku, w wieku 59 lat, po walce z glejakiem mózgu - jednym z najbardziej agresywnych nowotworów. Zostawiła po sobie pustkę, której bliscy wciąż nie potrafią zapełnić.
Kamys dzwonił do niej po śmierci
Dariusz Kamys, współtwórca Kabaretu Hrabi i wieloletni przyjaciel Joanny, w rozmowie z wp.pl przyznał, że przez ostatni rok kilka razy sięgał po telefon, żeby do niej zadzwonić. Jej numer nadal ma zapisany. Nie potrafi go usunąć. "Po śmierci Asi kilka razy do niej dzwoniłem. Cały czas mam zapisany jej numer" - wyznał. Dodał, że ostatnio namalował nowy obraz i odruchowo chciał wysłać go Joannie - tak jak robił przez lata. "Nagle zdałem sobie sprawę, że się nie da" - powiedział.
Kamys podkreślał, że Kołaczkowska była dla niego kimś wyjątkowym - drugą osobą, z którą widywał się najczęściej w życiu. "Ona bez wątpienia była jedną z kobiet mojego życia. (...) Przez 40 lat przyjaźni powiedzieliśmy sobie wszystko. A może jednak nie? Przecież mielibyśmy jeszcze wiele wspólnych tematów. Wiele słów do wypowiedzenia" - przyznał.
Kabaret Hrabi opublikował poruszający wpis
W pierwszą rocznicę śmierci na oficjalnym profilu Kabaretu Hrabi pojawił się emocjonalny post. Dołączono do niego zdjęcie portretu Joanny namalowanego przez Kamysa. W poście artysta zwrócił się bezpośrednio do przyjaciółki: "Rok. 17 lipca 2025 roku, o godzinie 0:18, Aśko wyszłaś z tego świata i przeszłaś tam, gdzie dla nas wszystko pozostaje jeszcze tajemnicą. Mija rok. Wierzymy, że kiedyś się spotkamy. To przekonanie daje spokój. Ale są chwile, kiedy mimo tej wiary po prostu jest trudno. Bo tęsknota nie słucha rozumu ani kalendarza. Przez ten rok nauczyliśmy się wychodzić na scenę bez Ciebie."
Joanna Kołaczkowska spoczęła w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Na pogrzebie 28 lipca 2025 roku zebrały się tłumy fanów, rodzina i środowisko artystyczne.
Czy jest coś bardziej ludzkiego niż numer w telefonie, którego nie da się skasować? Kamys nie musi tłumaczyć tej straty słowami - ten jeden gest mówi wszystko.









