Kilogram dorsza w usteckiej smażalni kosztuje 220 złotych. Jakub i Dawid Kwiecińscy-Mycek zapłacili za dwie porcje obiadu 230 złotych - i spokojnie pokazali rachunek światu.
Sezon wakacyjny ruszył pełną parą, a razem z nim wrócił coroczny rytuał: paragony grozy z nadmorskich restauracji. Tym razem epicentrum oburzenia to Ustka i smażalnia ryb, w której para influencerów - Jakub i Dawid Kwiecińscy-Mycek - zamówiła zwykły obiad.
230 złotych za dwa dorsze i frytki. Jak wygląda rachunek?
Dwie porcje dorsza, dwie porcje frytek, dwie surówki i mała Pepsi - brzmi niewinnie. Rachunek już mniej. Para opublikowała na Facebooku zdjęcie paragonu i krótki komentarz: "Zamówiliśmy dwa dorsze w smażalni w Ustce. Poprosiliśmy o małe porcje. Do tego surówki i frytki. Rachunek: 230 złotych za dwie osoby. To dużo czy mało?"
Szczegóły nie pozostawiają złudzeń. Jedna porcja dorsza to odpowiednio 83,60 zł i 88,44 zł. Frytki i surówka - po 24 zł od osoby. Mała Pepsi - 10 zł. Kilogram dorsza wyceniono na 220 złotych.
Jakub i Dawid przyznali, że ich samych cena nie powaliła z nóg - bo mieszkają w Ustce od kilku lat i dobrze wiedzą, co się dzieje z cenami ryb. Ale dodali wprost: "Dla przeciętnej polskiej rodziny na wakacjach to może być szok."
Internauci grzmią. I mają powody
Komentarze pod postem błyskawicznie zapełniły się reakcjami. "220 złotych za kilogram dorsza w knajpie to już przesada", "Rok temu w Ustce za podobny zestaw płaciłem 75 zł od osoby. Świat zwariował", "Nagle Islandia nie wydaje się taka droga" - pisali internauci.
Nie zabrakło też głosów spokojniejszych - że ceny są jakie są i mało kogo to już dziwi. Ale tych było wyraźnie mniej.
Para odpowiedziała na lawinę komentarzy i wyjaśniła, skąd te ceny. Według Jakuba i Dawida, dorsz w Bałtyku dosłownie wymiera - rybacy, z którymi rozmawiają, wspominają, że jeszcze kilka lat temu oddawali nadmiar połowu sąsiadom za darmo. Dziś to niemożliwe. Zmiany klimatu, budowa elektrowni atomowej, farmy wiatrowe - wszystko to ma wpływać na kondycję dorsza w polskim morzu. Para podsumowała to bez owijania w bawełnę: "Za dorsza będziemy płacić coraz więcej, ale dzięki temu będziemy mieli prąd w kontakcie. Taka jest chyba cena rozwoju cywilizacji."
Filozofia filozofią, ale 230 złotych za jeden rodzinny obiad to kwota, która dla wielu urlopowiczów oznacza poważne przetasowania w wakacyjnym budżecie. Pytanie, czy w przyszłym sezonie będzie taniej - raczej retoryczne.


