Piła ratownicza, pogięta blacha i wyrok: wózek do końca życia. Monika Kuszyńska miała 26 lat, gdy Robert Janson chciał się pochwalić nowym samochodem.
Dwadzieścia lat temu Monika Kuszyńska siedziała na przednim siedzeniu samochodu swojego ówczesnego szefa. Nie chciała tam siedzieć. Koledzy z zespołu nalegali. Ustąpiła - i to ją kosztowało najwięcej.
Wypadek, który zmienił wszystko
Robert Janson, lider Varius Manx, nie był doświadczonym kierowcą. Droga mokra od deszczu, nowe auto, które chciał pokazać. Wiadomo, jak się skończyło. Ratownicy wycinali Kuszyńską z wraku piłą. Przerwanie rdzenia kręgowego. Nogi odmawiają posłuszeństwa do dziś.
W kolejnych latach wokalistka przetestowała dosłownie wszystko - łącznie z terapią komórkami macierzystymi. Bez skutku. Z czasem przestała odkładać życie na półkę. W rozmowie z portalem niepełnosprawni.pl powiedziała wprost: "Trzeba z życia wyciągać to, co nam zostało".
Mąż, dzieci i misja, której jeszcze nie skończyła
Jakuba Raczyńskiego - saksofonistę - znała jeszcze przed wypadkiem. Zaczęło się od przyjaźni, skończyło na ślubie 30 lipca 2011 roku. To on przekonał ją, żeby wróciła do muzyki. Ona przekonała siebie, że macierzyństwo też jest możliwe - i miała rację. Syn przyszedł na świat w 2017 roku, córka niecałe dwa lata później.
Zostało jej jeszcze jedno. Na tegorocznym Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, organizowanym przez Annę Dymną, Kuszyńska powiedziała bez ogródek: "Osób niepełnosprawnych w mediach jest bardzo mało, na scenie jeszcze mniej, jak nie wcale. Więc jeśli ja mam szansę na niej być, to niejako przy okazji przełamuję pewne stereotypy. Wpływam na świadomość społeczeństwa. To jest bardzo ważna rola".
Czterdzieści sześć lat, wózek inwalidzki, dwoje dzieci i scena. Kuszyńska nie czeka już na cud - ona go po prostu zastąpiła robotą. Czy to nie lepszy plan?



