Krytyczna recenzja za prawie 5 tysięcy złotych za noc i żółta woda z kranu. Podobno Gołębiewski miał dość - i wpisał Książulę na czarną listę.
Kilka dni temu Szymon Nyczke, znany w sieci jako Książulo, opublikował film z pobytu w Hotelu Gołębiewski w Pobierowie. Apartament kosztował go niemal 5 tysięcy złotych - i zdaniem youtubera nie był wart ani złotówki. Zepsuta klimatyzacja w najgorętszy dzień roku, żółta woda z kranu, 300 złotych za room service. Szymon zażądał zwrotu pieniędzy. I dostał.
Firma milczała. Fani liczyli, że to koniec historii. Nie był.
Pismo do pracowników i lista niepożądanych
Według nieoficjalnych informacji, do Książuly odezwała się osoba pracująca w jednym z hoteli sieci Gołębiewski. Przesłała mu zdjęcie wewnętrznego pisma skierowanego do personelu - widniało w nim nazwisko youtubera jako osoby wpisanej na listę "niepożądanych gości". Powodem miało być złamanie regulaminu obowiązującego od 7 lipca.
Szymon postanowił to zweryfikować. Zadzwonił na infolinię i poprosił o rezerwację. Odmówiono mu.
Tu zaczyna się część, której nikt nie przewidział. Książulo akurat przebywał na wakacjach w okolicach Mikołajek - czyli niedaleko parku wodnego należącego do tej samej sieci. Pojechał tam osobiście. Wszedł bez problemu. A przy okazji - jak sam relacjonuje w filmie na YouTube - udało mu się porozmawiać z dyrekcją, a nawet z właścicielem, Jarosławem Gołębiewskim.
Właściciel powiedział: nie ma żadnego zakazu
Podczas spotkania Jarosław Gołębiewski miał powiedzieć Książule wprost, że żaden zakaz nie istnieje. Żeby mieć pewność, youtuber zadzwonił jeszcze raz na infolinię - tym razem konsultant bez wahania przyjął by rezerwację.
Czy pismo było prawdziwe? Czy ktoś działał na własną rękę bez wiedzy szefa? Tego Książulo nie rozstrzygnął jednoznacznie. Sam przyznał w filmie, że sytuacja jest co najmniej zagmatwana.
Jedna rzecz jest pewna: Gołębiewski w Pobierowie po krytycznym filmie youtubera przyznał publicznie, że hotel "zderzył się z negatywnymi opiniami". Teraz okazuje się, że sprawa miała swój ciąg dalszy za zamkniętymi drzwiami - i to dosłownie, na poziomie spotkania twarzą w twarz z właścicielem.
Czy to ugoda przez zdjęcie z listy? Czy pismo było zwykłą samowolką pracownika? Napisz w komentarzach, co myślisz o tej całej historii.


