Biały płot z folklorystycznym niebieskim ornamentem - to dziś codzienność Joanny Jabłczyńskiej. Po medialnym dramacie z Dorotą Szelągowską aktorka "Na wspólnej" wybrała ucieczkę na wieś, gdzie żyje bez fleszy i relacjonuje pracę w ogrodzie.

Afera, która doprowadziła ją do wsi

Joanna Jabłczyńska przez lata uchodziła za bezpieczną twarz serialu "Na wspólnej", gdzie grała Martę. Wszystko zmieniło się, gdy okazało się, że nie powróci do roli Tosi w kontynuacji "Nigdy w życiu!". Zamiast dyskretnego wycofania się, aktorka sama przyznała się Dorocie Szelągowskiej - córce Katarzyny Grocholej - że zmienia film. Reakcja była wybuchowa. Szelągowska publicznie nazwała Jabłczyńską "złą osobą" i twierdziła, że to ona powinna grać Tosię. Przeprosiny przyszły dopiero później, ale niesmak pozostał.

Wieś zamiast kamer i plotek

Po aferze Jabłczyńska zdecydowała się na radykalną zmianę. Kupiła 100-letni domek na wsi pod Wyszkowem i tam właśnie buduje nową rzeczywistość - daleko od showbiznesu, bliżej ziemi i rękodzieła. W ostatnich dniach jesieni zajęła się pracami ogrodowymi, a jej najnowszy projekt zaskoczył fanów.

Klasycznie biały płot na posesji Jabłczyńskiej przeszedł metamorfozę. Zamiast nudnych desek, pojawił się folklorystyczny wzór z Zalipia - wsi słynnej z tradycyjnych malarskich ozdób na ścianach domów. "Są u mnie dziewczyny z Zalipia i tworzą prawdziwy zalipiański wzór" - zachwyciła się aktorka na Instagramie.

Fani nie kryli podziwu. W komentarzach pojawiały się słowa: "Sztuka miłości", "Piękne", "Cudeńko". Dla wielu obserwujących to znak, że Jabłczyńska znalazła spokój daleko od medialnego szumu.

Nowa codzienność na wsi

Aktorka regularnie dzieli się snippetami z nowego życia. Od renowacji ogrodzenia po pracę w ogrodzie - każdy post to kolejny dowód na to, że wybór wsi był przemyślany. Choć kariera w serialach i filmach nie zatrzymała się, wydaje się, że Jabłczyńska znalazła równowagę między pracą zawodową a prywatnym schronieniem przed drażliwością show-biznesu.

Czy to koniec jej przygody z mediami? Na razie nic na to nie wskazuje. Ale jedno jest pewne - Joanna Jabłczyńska pokazuje, że czasem najlepszą odpowiedzią na dramatyczne konflikty nie jest publiczna rebelia, lecz cicha ucieczka do miejsca, gdzie liczy się tylko to, co robimy własnymi rękami.