Irena Santor siedziała w mieszkaniu, gdy przyszli do niej dwaj nieznajomi mężczyźni. Mieli dla niej piosenkę. Miała przekazać jej życie.
# Spotkanie, które zmieniło wszystko
Irena Santor nie wiedziała, że tego dnia - kiedy Krzysztof Logan Tomaszewski i Ryszard Szeremeta pojawili się u niej w drzwiach - zaśpiewa największy hit swojej kariery. "Zagrali mi tę piosenkę. Stanęłam w takim przeświadczeniu, nie wiadomo z czego się to brało, że to jest to" - wspominała legendarna wokalistka w rozmowie dla "Dnia Dobrego TVN".
Poczucie było nieomylne. Coś w "Już nie ma dzikich plaż" mówiło jej, że to piosenka dla niej.
Cisza przed brawami
Dwa dni później Santor miała koncert. Postanowiła zaśpiewać utwór po raz pierwszy publicznie. To, co się wtedy stało, nigdy nie zapomniała. "Po dwóch dniach od tej wizyty miałam koncert i coś mnie gnało, żeby to zaśpiewać. I nastąpiła cisza. I za sekundę, która na scenie jest wiekiem, dopiero rozległy się brawa. Takie ostentacyjne, takie żywe" - opowiadała, wciąż przejęta wspomnieniem.
Wiedzieli obaj - kompozytorzy i wokalistka - że właśnie się urodził przebój. "I ja wtedy myślę sobie, tak, to jest przebój" - stwierdziła bez wahania Santor.
Od ucieczki do plaż
Ciekawy zwrot: sama Irena Santor przez lata nie spędzała zbyt wiele czasu nad morzem. "Ja bywałam rzadko nad morzem, muszę się przyznać" - przyznała ze śmiechem. Dopiero teraz, "kiedy jestem bardzo dorosła", pozwala sobie na wyprawy nad wodę.
I ma na to swoje powody. "Odrabiam to teraz. Znajduję takie miejsca ustronne. Tam wiaterek szumi inaczej. Tam fala niesie zupełnie inny dźwięk" - wyznała w "Dniu Dobrym TVN". Brzmi, jakby muzyka morza, którą śpiewa od dekad, wreszcie zabrała ją tam, gdzie należy.
Ze swoją niezachwianą intuicją - tą samą, która podpowiedziała jej przed laty, że "Już nie ma dzikich plaż" to przebój - Santor wie, kiedy coś jest naprawdę warte uwagi. I jak widać, plaże czekały na nią znacznie dłużej, niż się spodziewała.




