Agata Steczkowska ma całą gotową płytę, na której sama śpiewa i gra. Nikt jej jednak nie chce wydać. Teraz dyrygentka i siostra Justyny ujawniła, ile zarabia na emeryturze - i ta kwota mówi wszystko o tym, jak polska kultura liczy artystów.

Siostra Justyny przeszła na emeryturę. Oto, ile dostaje

Agata Steczkowska przez kilkadziesiąt lat była dyrygentką, kompozytorką, instrumentalistką i nauczycielką. Pracowała na etacie przez 20 lat, resztę czasu na umowach o dzieło i zleceniach - bo chciała mieć artystyczną niezależność. W tym roku skończyła 60 lat i przeszła na emeryturę.

W rozmowie z Kozaczkiem 60-letnia siostra Justyny Steczkowskiej ujawniła wysokość swojego świadczenia. "No nie wiem, to 1700 zł czy coś do ręki, jakoś tak" - powiedziała, pytana o konkretną kwotę. To minimalne świadczenie, bo emerytura wyliczana jest wyłącznie na podstawie odprowadzonych składek. Nagrody, osiągnięcia zawodowe czy dodatkowa praca - nic z tego nie liczy się w kalkulacji.

"Nieważne, jak dobra byłaś w swojej pracy"

Agata nie kryje goryczy. "Jestem najlepszym przykładem, że nieważne są nagrody, nieważne, jak dobra byłaś w swojej pracy, nieważne, jak harowałaś w swojej pracy ponad to, co ci kazali robić" - wyznała bez owijania w bawełnę. Jej słowa to nie tylko osobista frustracja - to głos wielu artystów, których wkład w polską kulturę państwo liczy w złotówkach.

Ale emerytura to połowa historii. Przez lata Agata nagrała własną płytę - całą, od początku do końca. Śpiewa na niej i gra na wszystkich instrumentach. Kompozycje są jej autorskie. Gotowa do wydania.

Nikt jej jednak nie chce wydać. "Nikt się nie interesuje, żeby wydać płytę, jak ja śpiewam" - wyznała gorzko. To szczególnie boli, bo jej młodsza siostra Justyna od dziesięcioleci ma dostęp do całego machinery'ego przemysłu muzycznego. Agata pozostała w cieniu, wykonując swoją pracę na wysokim poziomie, ale bez blasku reflektorów.

Dyrygentka nie narzeka na wysokość emerytury - rozumie, jak system działa. Ale jej słowa są memento dla branży: w Polsce artystę mierzy się nie tym, co wniósł, tylko tym, ile złożył składek. A tych, którzy wybierają niezależność zamiast etatu, system każe zapłacić ceną przyszłości.