Zanim się zakochał, mazał kredą po jej domu. Grzegorz Markowski przyznaje wprost - bez Krystyny skończyłby zupełnie inaczej niż jako legenda polskiego rocka.
Marzec 1970 roku, kawiarnia w Józefowie. Grzegorz Markowski widzi dziewczynę i rozpoznaje ją - bo wielokrotnie chodził z kolegami pod jej dom i bazgrał na nim niecenzuralne słowa. Kredą, bo drewno dobrze chłonęło. Tego dnia jednak coś się zmieniło.
"Do głowy mi wtedy nie przyszło, że w marcu 1970 roku zobaczę Krysę w jednej z kawiarni w Józefowie, zakocham się, a potem w tym domu zamieszkam" - wspominał Markowski w rozmowie z "Życiem na gorąco".
Matura albo koniec zaręczyn
Krystyna była z zupełnie innego świata. Poukładana, ambitna, z dobrym domem za plecami i konkretnym planem na życie. On - impulsywny buntownik z trudnym towarzystwem. Niewielu dawało tej parze jakiekolwiek szanse.
Ale Krystyna zobaczyła w nim coś, czego inni nie dostrzegali. I od razu postawiła sprawę jasno.
"Powiedziała, że nici z zaręczyn, jak ja tej matury nie uklepię. To podziałało na mnie niczym kubeł zimnej wody. Tak trafiłem do wieczorowego ogólniaka. Krysia mnie przypilnowała, żebym zdał maturę" - przyznawał artysta.
Pobrali się w 1973 roku. Sześć lat później urodziła się ich córka Patrycja.
Ona robiła karierę, on zajął się dzieckiem
Gdy Krystyna wyjechała za granicę rozwijać karierę taneczną, Markowski przejął pełną opiekę nad małą Patrycją. Bez narzekania, bez dramatu.
"Zawsze wiedziałem, że mogę robić wszystkie rzeczy. Zamiatać, stać na zmywaku, prowadzić roboty budowlane, śpiewać, nie śpiewać - byle tylko z nią być" - mówił.
I ta jedna deklaracja mówi o nim więcej niż jakikolwiek wywiad.
Markowski wielokrotnie podkreślał, że rodzina była dla niego kotwicą - szczególnie w czasach, gdy środowisko rockowe ciągnęło w zupełnie innym kierunku. "Gdyby nie moje kobiety, to wpadłbym w bardzo złe rejony. Na szczęście byłem potrzebny jako ojciec i jako mąż. I za to jestem im niezmiernie wdzięczny" - mówił.
Ponad 50 lat razem. W czasach, gdy związki gwiazd rozpadają się przy każdej plotkarskiej okazji, historia Markowskich brzmi jak coś z innej epoki. Czy właśnie dlatego tak trudno w nią uwierzyć?




