Janusz Gajos odmówił. Staszek Tym odmówił. Janusz Rewiński odmówił. I dopiero wtedy zadzwonili do Andrzeja Grabowskiego.

Przez 23 lata Andrzej Grabowski wcielał się w Ferdynanda Kiepskiego - postać, którą pokochały miliony Polaków. Problem w tym, że sam aktor nigdy specjalnie nie chciał tej roli. I nie ma zamiaru tego ukrywać.

Nie czytał, nie oglądał, nie żałuje

Grabowski zagrał Ferdka, bo to był jego zawód - nie dlatego, że serial go fascynował. W rozmowie z Kubą Wojewódzkim i Piotrem Kędzierskim przyznał bez owijania w bawełnę: nie czytał scenariuszy i nie oglądał gotowych odcinków. "Przyjąłem tę rolę dlatego, że to jest mój zawód, a nie hobby. Nie przeczytałem do końca, o czym to będzie. Potem naprawdę nie czytałem tych scenariuszy, tylko grałem sceny" - powiedział aktor.

Dodał też, że nie czuje żadnej bliskości z Kiepskim jako człowiekiem. "Nie potrafiłbym się zaprzyjaźnić z Ferdynandem Kiepskim. Mam natomiast znajomych, z którymi się wręcz prawie przyjaźnię i którzy też prowadzą takie życie jak Ferdek" - skwitował.

Był ostatnim wyborem. Sam to mówi

Największe zaskoczenie? Grabowski nie był pierwszym kandydatem do roli Ferdka - ani drugim, ani trzecim. "Najpierw proponowano tę rolę Januszowi Gajosowi, Staszkowi Tymowi. Janusz Gajos odmówił. Staszek Tym odmówił, Janusz Rewiński odmówił. Same giganty. Oni poodmawiali i w końcu zaproponowano to mnie" - wyjaśnił w tym samym wywiadzie.

To zdanie brzmi jak żart, ale Grabowski powiedział je zupełnie serio. Trzy wielkie nazwiska polskiego kina, trzy odmowy - i dopiero wtedy trafili na aktora, który zdefiniował serial na dwie dekady.

Czy ktoś kiedyś wcieli się w nowego Ferdka? Grabowski nie wyklucza. Twierdzi, że każdy aktor zagrałby tę postać inaczej - i że w młodszym pokoleniu powinno się znaleźć kogoś odpowiedniego. Pytanie tylko, czy ktokolwiek chciałby przez następne 23 lata grać sceny, których nie czytał.