Cztery świderki, 50 złotych i koniec wakacyjnego spokoju. Monika Goździalska wyszła z warszawskiej lodziarni z lodami w ręku i furią w sercu.
Urodzinowy spacer po Starówce skończył się dla Moniki Goździalskiej relacją na Instagramie, która mogłaby posłużyć za skrypt dla Urzędu Ochrony Konkurencji. Celebrytka kupiła cztery świderki - trzy małe i jeden duży - zapłaciła 50 złotych i odkryła, że "duży" jest co najmniej tej samej wielkości co "mały".
Mały czy duży? Goździalska miała pewność
Według jej relacji na Instagramie, problem zaczął się przy okienku, gdy próbowała wyjaśnić sytuację sprzedawczyni. Efekt był mizerny. "Trzy lody małe i jeden duży. W okienku siedzi pani, która macha k**wa oczami i ona się zastanawia, czy ona w ogóle wie, o czym ja do niej mówię" - relacjonowała w InstaStories Goździalska. "Ja mówię: to jest duży? Ona mówi tak, no to przykładam mały i wygląda dokładnie tak samo, a nawet mały jest większy niż duży" - dodała.
Kiedy padła propozycja dołożenia drugiego świderka z boku, Goździalska nie kryła irytacji. "Do świderka, będziecie drugiego świdra z boku robić? To jest żenada, to jest oszustwo ludzi, to jest naciąganie" - grzmiała. Przy okazji oberwało się też smakowi - truskawkowy lód określiła jako "jedną wielką chemię, jak zmrożone takie picie ze zbiornika".
Wróciła pod lodziarnie z telefonem
Na tym Goździalska nie poprzestała. Wybrała się pod lokal ponownie - tym razem, żeby pokazać obserwatorom, gdzie dokładnie doszło do "afery lodowej". "Żebyście się nie pomylili, tu są te lody. Nie jedzcie tych lodów, one są obrzydliwe" - ostrzegała wprost do kamery.
W swoim podsumowaniu zaproponowała właścicielowi trzy wyjścia: doszkolić personel, zmienić nazewnictwo albo - z przekąsem - skorzystać z jej ekspertyzy. "Każda kobieta może wam powiedzieć, jaki jest duży, a jaki jest mały" - skwitowała. Wstyd dla właściciela - jak sama powiedziała - gwarantowany.
Lodziarnia na razie milczy. Goździalska pewnie nie.


