Jeden sweter, jedne dżinsy, dwie pary butów. Tak wyglądała codzienność człowieka, który dziś uchodzi za symbol lekarskiego luksusu.
Krzysztof Gojdź rzadko mówi o pieniądzach wprost. W programie "Party u Simony" dla Party.pl zrobił wyjątek - i wyznał rzeczy, których jego pacjenci raczej się nie spodziewają.
Dwa kierunki, jeden sweter
Gojdź studiował jednocześnie medycynę i SGH - skończył ekonomię z wyróżnieniem. Brzmi imponująco. Tyle że codzienna rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej niż dziś.
"Były takie czasy studenckie, kiedy się nie przelewało. Pochodzę z normalnej, skromnej rodziny. Moi rodzice i dziadkowie starali się faktycznie wyłożyć pieniądze na moje wykształcenie" - powiedział Gojdź w rozmowie z Simoną Stolicką.
Rodzina inwestowała w jego edukację, ale na bieżące wydatki nie było już wiele. Efekt? Gojdź chodził w jednym swetrze, jednych dżinsach i dwóch parach butów - osobnych na lato i zimę. Żadnych wyjazdów za granicę, żadnych studenckich dorywek. Każda złotówka szła na utrzymanie i naukę.
"Doceniałem absolutnie każdą złotówkę, którą dawali mi na wykształcenie" - dodał lekarz.
Kiedy przyszedł pierwszy milion?
Gojdź zarobił pierwszy milion stosunkowo późno - jak sam przyznaje, gdzieś około czterdziestki. Simona Stolicka zapytała go o to wprost, a on nie uciekał od odpowiedzi.
"W wieku trzydziestu paru lat, chyba około czterdziestki. Dosyć późno, bo mogłem faktycznie wcześniej zająć się tym, co robię. Natomiast znowu - te pieniądze nie były dla mnie wyznacznikiem ani celem w życiu. One same przyszły, tak samo jak wejście do show-biznesu" - powiedział w programie.
Brzmi jak klasyczna historia od zera do milionera. I pewnie dlatego tak dobrze się słucha - bo Gojdź nie udaje, że zawsze miał łatwo.
Cały wywiad dostępny jest na kanale YouTube Party.pl. Warto obejrzeć - lekarz mówi też o tym, jaki jest prywatnie i czym różni się od swojego medialnego wizerunku. Podobno niemało.





