Modliła się o dobrego mężczyznę, a los podesłał jej Michała przez Facebooka. Dwanaście lat później Maja Frykowska zbiera akta i nazywa siebie specjalistką od czerwonych flag.
Módl się i ufaj - tak zaczęła się ta miłość
Maja Frykowska przez lata szukała kogoś, przy kim mogłaby odetchnąć. Obciążona dramatyczną historią rodziny - jej dziadek Wojciech Frykowski zginął w hollywoodzkiej willi Romana Polańskiego, ojciec Bartłomiej w niejasnych okolicznościach pod Warszawą - celebrytka długo błądziła. W pewnym momencie, jak sama wyznała w autobiograficznej książce "Pokonać siebie" i wywiadzie dla "Vivy", postawiła ultimatum siłom wyższym: "Powiedziałam: jeśli nie dasz mi dobrego, swojego człowieka, to ja naprawdę źle skończę. Bo spotykam jakichś dziwnych mężczyzn, którzy nic dobrego do mojego życia nie wnoszą, oprócz spustoszenia w moim sercu, moim ciele i mojej głowie".
Odpowiedź nadeszła przez Facebooka. Michał pojawił się w jej życiu jak znak. 12 KWIETNIA 2014 roku wzięli ślub. Frykowska - która wcześniej symbolicznie zmieniła imię z Agnieszki na Maja - była przekonana, że zaczyna nowy rozdział. Spokojny, bezpieczny, jej własny.
CSI: małżeństwo edition - jak to się skończyło
Skończyło się rozwodem, który - według tego, co Frykowska sygnalizuje w mediach społecznościowych - nie należy do łatwych. Jak cytuje ją tygodnik "Na żywo", burzliwa przeszłość Michała miała rzucić cień na całe ich małżeństwo: "Napisałam to w swojej książce. To była bardzo duża konsekwencja tego, co się działo".
Na Instagramie Frykowska nie owija w bawełnę. "CSI: małżeństwo edition. Akta zamknięte. A ja z romantycznej żony awansowałam na specjalistkę od red flag, screenów i chwileczkę, ja to sobie zapiszę" - napisała wprost, dając do zrozumienia, że podobno nie brakowało nieczystych zagrań.
Teraz szykuje podcast pod hasłem "Zdradzona, ale niepokonana". Tytuł mówi chyba wszystko.
Czy ta historia skończy się kolejną metamorfozą Mai Frykowskiej - czy też tym razem nie ma już z czego powstawać? Piszcie w komentarzach.


