Piętnaście lat, kortowa droga przez piekło i jedna obietnica złożona w telewizji. We wtorek Maja Chwalińska wróciła, żeby ją spełnić.
Obiecała, że wróci. Wróciła
Dziesięć lat temu mała Maja Chwalińska siedziała w studiu DDTVN razem z ojcem i mówiła o pierwszych sukcesach na korcie w Dąbrowie Górniczej. Marcin Kuźniar pytał, czy może już nazywać ją gwiazdą. Wolałabym może po prostu Maja - odpowiedziała. I obiecała, że wróci, gdy zdobędzie tytuł na prestiżowym turnieju.
Dwa tygodnie temu doszła do finału Roland Garros. We wtorek rano siedziała znowu w tym samym studiu.
Producenci przygotowali niespodziankę - puścili jej tamten archiwum nagranie na żywo. Marcin Prokop zapytał Chwalińską, co powiedziałaby tamtej piętnastolatce.
"Nic bym nie powiedziała. Przytuliłabym ją"
Chwalińska przez chwilę milczała. Widać było, że szuka słów - i że trudno jej je znaleźć. W rozmowie na antenie DDTVN powiedziała wprost: "Ciężko mi szczerze mówiąc powiedzieć, co bym jej powiedziała, to wszystko stało się po coś. Potrzebowałam to przejść. Nic bym nie powiedziała i ją przytuliła. Może powiedziałabym, że wszystko będzie okej".
Ta sama tenisistka, która dzień wcześniej wróciła do Polski i była witana przez tłum fanów na lotnisku. Ta sama, której nazwiska dwa tygodnie temu połowa Polaków nie potrafiła wymówić.
W tamtym wywiadzie sprzed dekady mówiła o wzorach - Szarapowej i Federerze. O porównaniach do Agnieszki Radwańskiej, które już wtedy jej towarzyszyły. O kortach w Dąbrowie Górniczej, gdzie to wszystko się zaczęło.
Teraz jest finalistką Wielkiego Szlema. Obietnica spełniona.
Co czujecie, oglądając takie powroty? Piszcie w komentarzach.




