W Dąbrowej Górniczej wszyscy wiedzieli. Sąsiedzi, nauczyciele, trenerzy - każdy miał swoją historię o Mai Chwalińskiej, zanim reszta Polski w ogóle usłyszała to nazwisko.
Maja Chwalińska nie wygrała tegorocznego Roland Garros. Ale finał w Paryżu wystarczył, żeby w jej rodzinnym mieście zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Dziennikarze programu śniadaniowego "halo tu polsat" ruszyli do Dąbrowy Górniczej - i trafili na ludzi, którzy od lat wiedzieli, że ta dziewczyna zajdzie daleko.
"Wszyscy tu kibicowali"
Mieszkańcy przed kamerami nie szczędzili słów. Relacja była jedna, ale emocje - różne. "To, co ona zrobiła, to jest niewiarygodne. Tu wszyscy kibicowali. Nie wiem, co więcej powiedzieć" - mówił jeden z sąsiadów tenisistki w materiale "halo tu polsat". Inni dodawali, że Maja podobno błyszczała nie tylko na korcie. "Trenerzy, którzy ją trenowali, mówią, że była naprawdę cudowną dziewczyną, była bardzo miła. I też podobno była bardzo dobra w innych sportach" - przyznał kolejny rozmówca ekipy telewizyjnej.
Kamery zajrzały też do szkoły, do której Chwalińska chodziła. I tam czekała historia, która mówi o niej więcej niż jakikolwiek wynik sportowy.
Sukcesy chowała do kieszeni
Wychowawczyni Mai, pani Beata Kaczmarzyk, wspominała swoją uczennicę w programie bez cienia wahania. "Była bardzo ambitna, pracowita, solidna. Mimo że dość dużo jej nie było w szkole, ponieważ jeździła na zawody, na jakieś przygotowania, to po prostu bardzo się starała. Była bardzo skromną dziewczynką" - powiedziała nauczycielka w rozmowie z dziennikarzami "halo tu polsat".
Ale to dyrektor Andrzej Krowicki ujawnił szczegół, który robi największe wrażenie. Maja wracała do szkoły po kolejnych zawodach i... milczała o wynikach. Kompletnie. "Zawsze, jak pojawiała się w szkole po tych sukcesach, nigdy się nimi nie chwaliła. Do tego stopnia, że pani wychowawczyni musiała wręcz zapytać się Mai, czy może powiedzieć klasie o tych sukcesach" - wyjawił dyrektor w tym samym materiale.
W czasach, gdy każdy nastolatek wrzuca trofeum na Instagram jeszcze przed powrotem do domu, ta historia brzmi niemal nieprawdopodobnie. A jednak wszyscy, którzy ją znali, mówią to samo - skromność została jej do dziś.
Chwalińska wróciła z Paryża bez pucharu, ale z czymś, o co w sporcie znacznie trudniej - z legendą, która budowała się latami po cichu, z dala od fleszy. Dąbrowa Górnicza już wie, że miała ją przed oczami od początku.
Czy Maja Chwalińska to nowa Iga Świątek? Napiszcie w komentarzach.




