Trzy tygodnie temu Maja Chwalińska szukała noclegu na turniej. Dziś jej wizerunek wart jest prawie ćwierć miliarda złotych.
Efekt Paryża jest brutalnie prosty: z tenisistki bez 100 tysięcy followersów Maja Chwalińska stała się marką wartą fortunę. Instytut Monitorowania Mediów wycenił jej ekwiwalent reklamowy (AVE) na prawie 245 mln zł. Tyle trzeba by było wydać na kampanię reklamową o podobnym zasięgu.
Jak to możliwe, że wycena skoczyła aż tak wysoko?
Liczby mówią same za siebie. Po finale French Open ukazało się około 32 tysięcy publikacji o Chwalińskiej. Całkowity zasięg medialny w Polsce osiągnął 1,8 miliarda potencjalnych kontaktów - co oznacza, że statystyczny Polak powyżej 15. roku życia mógł natknąć się na informację o tenisistce średnio 55 razy. W ciągu zaledwie trzech tygodni. Na Instagramie jej liczba obserwujących przeskoczyła z niecałych 100 tysięcy do ponad pół miliona. Marki wiedzą, co to oznacza.
Menedżer Chwalińskiej, Piotr Szczypka, sygnalizował mediom, że zainteresowanie współpracą sponsorską jest bardzo duże. Kolejka chętnych podobno już stoi.
Jeszcze niedawno nie miała na nocleg
To co sprawia, że ta historia tak bardzo wciąga, to jej kontrast. Według doniesień medialnych jeszcze przed paryskim turniejem Chwalińska miała mieć poważne problemy finansowe - podobno brakowało jej nawet pieniędzy na nocleg podczas zawodów i szukała pomocy u prywatnych osób. Dziś sponsorzy sami do niej piszą.
Co dalej? Na kort Chwalińska wróci dopiero przy kwalifikacjach Wimbledonu. W grze pozostaje też scenariusz z dziką kartą, która automatycznie dałaby jej miejsce w głównej drabince. Jedno jest pewne - każdy jej kolejny mecz będzie oglądany przez pół Polski.
Czy 245 milionów to już szczyt, czy dopiero rozgrzewka? Piszcie w komentarzach.






