W Paryżu mówiła, że nie ma co liczyć na zaproszenie. Londyn właśnie udowodnił, że się myliła.
Maja Chwalińska dostała dziką kartę na Wimbledon. Organizatorzy wielkoszlemowego turnieju ogłosili to 16 czerwca 2026 roku - i to nie jest żaden przeciek ani spekulacja. Polka jedzie do Londynu bez kwalifikacji, prosto do głównej drabinki.
Sama nie wierzyła, że to możliwe
Jeszcze podczas konferencji prasowej w Paryżu, w trakcie trwania Roland Garros, Chwalińska ucięła temat jednym zdaniem. "Nie spodziewam się dzikiej karty. To byłaby wiadomość stulecia" - powiedziała wówczas dziennikarzom. Wimbledon właśnie zrobił jej ten prezent.
Polka zakończyła Roland Garros jako finalistka i wskoczyła w rankingu WTA aż o 93 pozycje - na 21. miejsce. Formalnie jednak to wciąż za mało, żeby automatycznie znaleźć się w głównej drabince londyńskiego Wielkiego Szlema. Dziką kartę przyznaje specjalny komitet organizatorów - i tym razem komitet powiedział: tak.
W gronie wyróżnionych znalazły się głównie Brytyjki: Harriet Dart, Alicia Dudeney, Hannah Klugman, Mika Stojsavljevic, Katie Swan i Mimi Xu. Chwalińska to jedyna zawodniczka spoza Wysp na liście. Jedno miejsce organizatorzy zostawili jeszcze wolne.
Kwalifikacje startują 22 czerwca, główna drabinka - 29 czerwca. Polka omija pierwszy etap i wchodzi od razu do gry.
Konkretne pieniądze, konkretne stawki
Wimbledon to prestiż, ale też twarde liczby. Sam start w pierwszej rundzie gwarantuje Chwalińskiej 92 722 euro - czyli około 393 tysięcy złotych. Awans do drugiej rundy oznacza już 146 038 euro (ok. 619 tys. zł). Dla porównania: zwyciężczyni turnieju inkasuje 4 172 510 euro, co przekłada się na ponad 17,5 miliona złotych.
To nie jest mały biznes. Chwalińska już wcześniej zanotowała finansowy przełom w tym sezonie - media podawały kwotę rzędu 20 milionów złotych łącznych zarobków. Wimbledon dorzuci do tego kolejne setki tysięcy, a przy dobrym losowaniu - znacznie więcej.
Czy „wiadomość stulecia" przełoży się na wimbledońską niespodziankę? Fani już liczą rundy.






