Pół roku temu mało kto znał jej nazwisko. Dziś Maja Chwalińska ma na koncie 6,4 miliona złotych i realną szansę, żeby zostać najlepiej zarabiającą polską tenisistką roku.

Pół roku temu mało kto znał jej nazwisko. Dziś Maja Chwalińska ma na koncie 6,4 miliona złotych i realną szansę, żeby zostać najlepiej zarabiającą polską tenisistką roku.

6 milionów za jeden finał. Skąd te pieniądze?

Sam awans do finału French Open przyniósł Chwalińskiej 1 636 068 dolarów brutto - według przeliczeń to niemal 6 milionów złotych jednorazowo. Łącznie w pierwszym półroczu 2026 roku zarobiła 1 747 849 dolarów, czyli blisko 6,4 miliona złotych brutto - podaje portal Plejada. Jak na kogoś, kto jeszcze niedawno grał w cieniu wielkiej Igi, to liczba, która robi wrażenie nawet na ludziach niezainteresowanych tenisem.

Co zrobi z pieniędzmi? Sama Chwalińska przyznaje, że jeszcze nie podjęła ostatecznej decyzji, ale znaczną część chce przeznaczyć na dalszy rozwój i treningi. Żadnych jachtów, żadnych willi - przynajmniej na razie.

Świątek wciąż z przodu, ale przewaga topnieje

Iga Świątek w tym samym czasie zarobiła około 1 980 214 dolarów, czyli ponad 7,2 miliona złotych - to dane przytaczane przez Plejadę. Różnica między obiema zawodniczkami wynosi zaledwie 851 tysięcy złotych. Przy takim tempie kariery Chwalińskiej ta przepaść może zniknąć jeszcze przed końcem roku.

Warto przypomnieć, że jeszcze kilka miesięcy temu zestawienie Chwalińska-Świątek w kontekście zarobków byłoby po prostu abstrakcją. Dziś to całkiem poważna rozmowa.

Sama Świątek skomentowała sukces młodszej rywalki z klasą - w wywiadzie powiedziała wprost: „Wiem, ile Maja przeszła, i cieszę się, że odmieniła swoje życie". Trudno o bardziej wymowne zdanie od kobiety, która przez lata była jedynym polskim punktem odniesienia w kobiecym tenisie.

Czy Chwalińska skończy 2026 rok jako numer jeden wśród polskich tenisistek - nie tylko sportowo, ale i finansowo? Dajcie znać w komentarzach, kto według was ma większe szanse na końcowy tytuł najlepiej zarabiającej Polki na korcie.