Kiedy Artur Barciś zagrał brata okradzonej dziewczyny w 'Tulipanie', nie wiedział, że jego kariera aktorska wpłynie na... zakupy. Ekspedientka w sklepie mięsnym, która dotąd ukrywała dla niego pod ladą kawałek schabu, nagle przestała. Powód? Nie mogła mu wybaczyć, że zagrał faceta, który "dla niej był taki ładny".

Rola, która zmieniła wszystko

Artur Barciś zagrał w "Tulipanie" brata ofiary słynnego uwodziciela z lat 80., Kalibabki. Jego postać weszła do akcji dopiero w ostatnim odcinku produkcji - brutalnie zemścił się na oszuście za krzywdę swojej siostry. Dla widzów to był szok. Szczególnie dla kobiet, które utożsamiały się z postacią oszukanego mężczyzny.

Aktor opowiedział o tym podczas rozmowy w radiu VOX FM. "Takie sytuacje się zdarzały, ale akurat nie po '07 zgłoś się', tylko po 'Tulipanie'" - zaczął Barciś. "To była produkcja luźnie oparta na historii Kalibabki. Główną rolę grał Janek Monczka, ja zaś pojawiłem się w ostatnim odcinku jako brat jednej z okradzionych dziewczyn".

Konsekwencje poza ekranem

Ale najzabawniejsza część historii rozegrała się w realnym świecie. W czasach PRL-u towary były na wage złota - długie kolejki, braki, dostawy raz na miesiąc. Barciś miał szczęście. Zaprzyjaźniona ekspedientka w sklepie mięsnym lubiła go jako aktora i zawsze odkładała mu spod lady najlepszy kawałek schabu.

Aż do emisji "Tulipana". "Po tym odcinku przestała mi pomagać" - wspominał gwiazdor "Rancza". "Powiedziała, żebym więcej nie przychodził, bo nic od niej nie dostanę. Nie mogła mi darować, że tak potraktowałem faceta, który dla niej był taki ładny" (śmiech).

Historia doskonale pokazuje, co niemal zawsze powtarza Barciś - widzowie mają problem z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości. Nikt go nie obrażał na ulicy, ale stracił coś, co w tamtych czasach było warte złota: dostęp do mięsa spod lady.