Największe nazwiska tegorocznego składu grały po zmroku, ale najciekawsze odkrycie zdarzyło się jeszcze przy dziennym świetle. Zalia dostała slot otwarcia piątku i zrobiła z niego coś więcej niż rozgrzewkę.
Kto to jest i dlaczego jej słuchać
Zalia reprezentuje tę młodą falę polskiego popu, która stawia na emocję i wokal zamiast na produkcyjne sztuczki. Na Błoniach pokazała dokładnie to, co wyróżnia ją na tle rówieśniczek: głos, który nie potrzebuje autotune'a, żeby wypełnić otwartą przestrzeń. Kiedy zamykała oczy i wchodziła w górne rejestry, słychać było, że to nie jest przypadkowa artystka z afiszu.
Co się działo pod sceną
Ubrana w oversizeową skórzaną kurtkę, koronkowe szorty i wysokie kozaki, wyglądała jak gwiazda dużo większego formatu niż popołudniowy slot. Publiczność, która zeszła się głównie na wieczorne gwiazdy, dała się złapać. Z każdą kolejną piosenką pod barierką robiło się gęściej, a jej twarz na wielkim telebimie obok sceny przyciągała spojrzenia nawet tych, którzy dopiero wchodzili na teren.
Nasza ocena
To był jeden z tych występów, po których notuje się nazwisko na później. Zalia nie ma jeszcze katalogu przebojów, które zna cała Polska, ale ma coś trudniejszego do podrobienia: głos i sceniczną pewność. Jeśli dalej będzie grać tak jak w Łodzi, za rok nie będzie już otwierać festiwalu, tylko go zamykać.
Byliśmy tam i mówimy wprost: to był najlepiej wykorzystany popołudniowy slot całego weekendu.






