Kiedy na plakacie bezpłatnej imprezy pojawia się Timbaland, trzeba to zobaczyć na własne oczy. Zobaczyliśmy. I był to występ godny człowieka, który współtworzył brzmienie ostatnich dwóch dekad popu i hip-hopu.
Legenda, która nie musi się starać
Timbaland wyszedł na scenę w czarnej kurtce narzuconej na jasny T-shirt, w przyciemnianych okularach, z mikrofonem w garści. Żadnej przesadnej choreografii, żadnego przerostu formy. Spokojna, pewna obecność człowieka, który wie, że jego bity zrobią robotę za niego. I zrobiły. Każdy kolejny kawałek okazywał się utworem, który publiczność zna, często nie kojarząc wcześniej, że to właśnie on za nim stoi.
Katalog, który zna cały świat
To jest siła Timbalanda. Przez jego ręce przeszły hity Missy Elliott, Aaliyah, Justina Timberlake'a czy Nelly Furtado, a charakterystyczny, połamany rytm rozpoznaje się po sekundzie. Na Błoniach ten katalog zadziałał jak wielka wspólna podróż przez lata dwutysięczne. Ludzie, którzy przyszli po polski rap, śpiewali refreny, o których istnieniu w jego dorobku pewnie nie mieli pojęcia.
Nasza ocena
Duże redakcje odhaczyły ten koncert jednym zdaniem o legendzie sięgającej po największe hity. Z bariery wyglądało to mocniej. To był set, który tłumaczył, po co Łódź w ogóle ściąga takie nazwiska: żeby przez jeden wieczór darmowy miejski festiwal grał w światowej lidze. I grał.






