Frank Sinatra podobno wstawał, żeby jej przyklasnąć. W Polsce nie chciał jej nikt.

Violetta Villas wróciła ze Stanów z dorobkiem, który większości polskich gwiazd śni się po nocach. Trzy sezony w Las Vegas, program dla amerykańskiej telewizji, kontrakt z wytwórnią Capitol Records. I kompletna cisza po powrocie do kraju.

Las Vegas biło brawo, Warszawa wzruszyła ramionami

Villas wyjechała do USA na zaproszenie Frederika Apcara. Przez kilka sezonów występowała w rewii jednego z najbardziej prestiżowych hoteli w Las Vegas. Według relacji jej współpracowników, podczas jednego z jej występów miał być obecny sam Frank Sinatra. Nagrała też dwadzieścia piosenek dla amerykańskiej telewizji. Trudno o lepszą wizytówkę.

A jednak po powrocie do Polski trafiła na mur. Nikt z branży nie sięgnął po telefon. Nikt nie pisał dla niej piosenek, nikt nie zapraszał do programów. Jej menedżer Zbigniew Rabiński mówił wprost w jednym z wywiadów: "Dla niej nie pisano, nie komponowano, zazdrość i zawiść ludzka powodowała to, że ona była izolowana".

Sama artystka miała określać tę sytuację jednym zdaniem. "Ona ciągle powtarzała, że w Polsce ma czerwone światło. To była prawda" - wspominał Rabiński.

Pogrzeb bez gwiazd, które znała od lat

Ostatnie lata Villas spędziła w domu w Lewinie Kłodzkim, w coraz bardziej trudnych warunkach. Regularny kontakt utrzymywała już tylko z opiekunką Elżbietą Budzyńską. Towarzystwo robiły jej zwierzęta.

Zmarła 5 grudnia 2011 roku. Na pogrzeb, który odbył się dwa tygodnie później, przyszły tysiące zwykłych ludzi. Zabrakło za to tych ze sceny. Rabiński wymieniał nazwiska z żalem: nie było Santor, Przybylskiej, Koterbskiej, Kunickiej, Połomskiego.

Teraz jej historia trafi na duży ekran. W przygotowywanym filmie biograficznym w rolę Villas wcieli się Sandra Drzymalska. Premiera planowana jest na koniec tego roku.

Czy kino odda jej sprawiedliwość, której nie dało krajowe środowisko artystyczne za życia? Napiszcie w komentarzach, co sądzicie o tej historii.