Kamil Stoch wsiadł do kampera z żoną i zamknął za sobą drzwi od skoków. Na dobre. Spekulacje o ceremonialnym powrocie na skocznię właśnie skończył jednym zdaniem.

Kamil Stoch wsiadł do kampera z żoną i zamknął za sobą drzwi od skoków. Na dobre. Spekulacje o ceremonialnym powrocie na skocznię właśnie skończył jednym zdaniem.

Po oficjalnym pożegnaniu w słoweńskiej Planicy w marcu tego roku media nie dawały mu spokoju. Czy wróci? Czy urządzi dodatkową imprezę pożegnalną z nartami na nogach? Stoch przez jakiś czas milczał. Teraz zabrał głos.

Dlaczego nie założy nart już nigdy?

Skoki narciarskie to nie pływanie ani gra w piłkę - i Stoch wie to lepiej niż ktokolwiek. Trzykrotny mistrz olimpijski tłumaczy, że powrót bez odpowiedniego przygotowania fizycznego skończyłby się po prostu źle. A na półśrodki nigdy w życiu się nie godził.

"Dzisiaj wiem, że skoki to nie jest, oczywiście bez urazy, pływanie, to nie jest jazda na rowerze ani gra w piłkę nożną. Tutaj trzeba się bardzo dobrze do tego przygotować, przede wszystkim fizycznie. Nigdy dla mnie nie było półśrodków i obawiam się, że gdybym teraz zapiął narty i poszedł skakać, mogłoby się to skończyć różnie" - przyznał Stoch w rozmowie z portalem Skijumping.pl.

I dodał bez ogródek: "Dlatego postanowiłem, że nie będzie innego zakończenia. To, co było w Planicy, było wyjątkowe, było magiczne i dla mnie to był najlepszy możliwy sposób pożegnania się z tym sportem".

Mocniejszego zamknięcia tematu już chyba nie będzie.

Nie zostanie prezesem jak Małysz. Co zatem?

Fani szybko zaczęli snuć scenariusze rodem z kariery Adama Małysza - który po zakończeniu skoków przez kilka lat kierował Polskim Związkiem Narciarskim. Stoch w programie "Dzień Dobry TVN" ucina te domysły równie zdecydowanie.

"Oczywiście szanuję to, co zrobił Adam, natomiast sam nie poszedłbym w to. Na pewno chciałbym się bardziej zaangażować w życie klubu naszego i mógłbym doradzać zawodnikom" - wyjaśnił skoczek.

Zamiast gabinetu prezesa - kamper i drogi. Stoch od dawna zapowiadał, że po karierze chce podróżować z żoną Ewą Bilan-Stoch. To właśnie ona podobno odwiodła go od przedwczesnej rezygnacji, gdy kilka lat temu jego forma i głowa były na minusie. Teraz czas spłacić dług wdzięczności i w końcu dać się wozić po Europie bez żadnego grafiku.

Planica była magiczna, kibice płakali, Ewa była przy nim - i Stoch mówi, że lepszego finału nie dałoby się napisać. Trudno się nie zgodzić. Ale czy naprawdę damy mu spokój? Co myślicie - zasłużył na emeryturę bez pytań?