Kamera GoPro Marii Eduardy zniknęła. I właśnie to zniknięcie zmieniło bieg śledztwa w sprawie jej śmierci podczas skoku na bungee bez przypiętej liny.
Kamera GoPro Marii Eduardy zniknęła. I właśnie to zniknięcie zmieniło bieg śledztwa w sprawie jej śmierci podczas skoku na bungee bez przypiętej liny.
21-letnia Maria Eduarda Rodrigues de Freitas zginęła w brazylijskiej Limeirze, w stanie São Paulo. Skoczyła z mostu z wysokości około 40 metrów - bez liny zabezpieczającej. Nie przeżyła upadku. W dniu tragedii policja zatrzymała trzy osoby. Trzem z sześciu przesłuchanych postawiono zarzut zabójstwa.
Trzy nowe nakazy aresztowania - i trop z kamerą
Brazylijska policja wydała trzy kolejne nakazy tymczasowego aresztowania. Dotyczą 29-letniej kobiety z Rio de Janeiro, 25-letniego mężczyzny z Limeiry i 27-latka z Indaiatuby. Według śledczych wszyscy troje mieli rzekomo pomagać w ukrywaniu dowodów kluczowych dla postępowania.
Centralnym wątkiem jest teraz kamera GoPro, którą Maria miała przy sobie podczas skoku. Według informacji podanych przez stację "Globo", prowadzący sprawę śledczy przekazał wprost: "W toku śledztwa zebrano informacje wskazujące na możliwe ukrywanie dowodów. Chodzi przede wszystkim o zniknięcie kamery, której ofiara używała podczas skoku."
Urządzenie mogło nagrać moment tragedii. Lokalne media donoszą, że podobno nagrania mogły zostać celowo usunięte. Kamera do tej pory nie została odnaleziona.
Ekspert: "Ta tragedia zaczęła się dużo wcześniej niż na moście"
Chris Batte, który zajmuje się skokami na bungee od ponad 30 lat, nie zostawił na organizatorach suchej nitki. W rozmowie z "New York Post" stwierdził bez ogródek: "Ta tragedia, która doprowadziła do śmierci Marii, zaczęła się dużo wcześniej niż na moście."
Ekspert wymienił sygnały, które powinny były zapalić czerwone lampki: brak profesjonalnej struktury firmy, nieobecność wyraźnego lidera na miejscu, chaotyczny podział obowiązków. Na nagraniach z miejsca zdarzenia - według Batte'a - nie widać podstawowych zabezpieczeń, które powinny być standardem przy każdym skoku.
Zeznania osób związanych z organizacją skoku tylko pogłębiają wątpliwości. Jeden z podejrzanych miał wyjaśniać: "Zazwyczaj jedna osoba mocuje linę, druga sprawdza. Czasem robi to jedna, czasem druga." Inny podobno stwierdził: "W 99 proc. przypadków po prostu wspieram proces." Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy.
Śledztwo trwa. Policja nie wyklucza kolejnych zatrzymań - i nadal szuka kamery, która mogła widzieć wszystko.

