Ćwierć wieku przed kamerą, a potem cisza. Joanna Racewicz w rozmowie z 'Faktem' w końcu powiedziała wprost, co zostało po TVP.
Jedne dziennikarki odchodzą ze stacji i trzaskają drzwiami. Inne - jak Racewicz - zostawiają je uchylone. 52-letnia prezenterka, która przez ponad dwadzieścia pięć lat była jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Telewizji Polskiej, w najnowszym wywiadzie dla "Faktu" przyznała, że TVP to dla niej nie tylko praca. To kawałek życia.
Racewicz i TVP: sentyment bez goryczy
Joanna Racewicz należy do najbardziej doświadczonych dziennikarek w kraju - i sama dobrze o tym wie. Gdy w rozmowie z "Faktem" padło pytanie o to, których prezenterów i dziennikarzy najbardziej ceni, odpowiedziała dyplomatycznie, ale bez owijania w bawełnę.
"Wolę nie wymieniać nazwisk. Proszę mnie nie ciągnąć w tej materii za język, bo ani nie chcę nikogo faworyzować, ani nie chcę nikogo urazić" - powiedziała w wywiadzie dla "Faktu".
Ale gdy rozmowa zeszła na sam świat mediów, Racewicz nie ukrywała emocji. "To jest taki świat, do którego mam ogromny sentyment, bo spędziłam tam ćwierć wieku. To jest kawałek życia i kawałek też rodziny" - wyznała dziennikarka.
Ćwierć wieku w jednym miejscu - co to znaczy?
Dwadzieścia pięć lat w jednej stacji to dla większości Polaków cały dorosły etap życia. Racewicz spędziła w TVP dokładnie tyle - budując markę, rozpoznawalność i relacje, które, jak sama przyznaje, nie znikają z dnia na dzień po odejściu. Zawodowe drogi dziennikarki i telewizji publicznej rozeszły się już jakiś czas temu, ale wyraźnie bez dramatycznych pożegnań.
W jej słowach nie ma goryczy. Jest za to coś, czego w showbiznesie rzadko się słyszy - zwykła ludzka nostalgia za miejscem, gdzie spędza się najlepsze lata.
Ciekawe, czy TVP odwzajemnia ten sentyment. Co myślicie - powinna wrócić na ekrany?




