Cezary Pazura zatrzymał spektakl w połowie sceny, odwrócił się do widowni i kazał wyjść. Młodzież posłuchała - ale nie poszła do domu.
Aktor wrócił do historii, którą trudno zapomnieć. Pazura grał razem z Olafem Lubaszenką, gdy sytuacja na widowni wymknęła się spod kontroli już w pierwszych minutach przedstawienia.
Widownia jak na stadionie
Nastolatki zachowywały się tak, jakby siedzieli przed ekranem w kinie, nie naprzeciwko żywych aktorów. Chodzili między rzędami, skakali po sobie, rzucali się nawzajem. Pazura czekał cierpliwie - zwykle po dziesięciu minutach takie grupy się uspokajały. Tym razem nie.
"Wstałem, przerywałem spektakl. Taka cisza. To był jakiś jesienny miesiąc. Wzięli kurtki i wyszli" - wspominał aktor w mediach społecznościowych.
Do tej pory brzmi jak zwykła teatralna anegdota. Ale dalej robi się mniej śmiesznie.
Taksówkarz jako plan awaryjny
Młodzież nie rozeszła się do domów. Czekała na Pazurę i Lubaszenkę na zewnątrz teatru. Aktorzy wyszli na podwórko i zorientowali się, że mają problem.
"Olaf zamknął drzwi. 'Ty, oni są.' Mówię: co robimy?" - relacjonował Pazura. Rozwiązanie? Telefon do znajomego taksówkarza. Auto wjechało na podwórko, krążyło z otwartymi drzwiami, a obaj aktorzy wskoczyli w biegu.
Od tamtego zdarzenia minęło wiele lat, ale Pazura wciąż opowiada o nim z wyraźnymi emocjami. To jedna z tych historii, które zostają na długo - niekoniecznie dlatego, że skończyły się dobrze, ale dlatego, że o mało nie skończyły się źle.
Czy teatr powinien mieć prawo wyrzucać widzów za drzwi? Piszcie w komentarzach.


