Sześćdziesiąt sześć lat, czwarty ślub, druga młodość - Maciej Orłoś ma powody do zadowolenia. Jedno go jednak gryzie od ponad sześćdziesięciu lat.

Maciej Orłoś nie traci czasu na rozpamiętywanie błędów. Prezenter twierdzi, że żałowanie przeszłości to strata energii - i ma na to gotową odpowiedź dla każdego, kto pyta. Jest jednak jeden wyjątek. Jeden, konkretny moment z dzieciństwa, który wraca do niego do dziś.

"Życie zaczyna się po sześćdziesiątce piątce"

Orłoś właśnie skończył 66 lat i przy tej okazji udzielił wywiadu serwisowi Plotek. Brzmi jak pretekst do nostalgii? Nic z tych rzeczy. Prezenter jest w formie życia - i mówi to wprost.

"Życie zaczyna się po sześćdziesiątce, a nawet po sześćdziesiątce piątce. Naprawdę. I jest wspaniale" - powiedział w rozmowie z Plotkiem. Dodał, że kluczem jest dbanie o zdrowie i nieprzemęczanie się pytaniem "co by było, gdyby". "W różnych momentach życiowych podejmowałem najlepsze decyzje, na jakie mnie było stać w danym momencie" - wyjaśnił.

Trudno nie przyznać mu racji - po trzech rozwodach znalazł Paulinę Koziejowską, młodszą o ponad dwie dekady, i podobno nigdy nie był szczęśliwszy. Małżeństwo wyraźnie mu służy.

Siedmiolatek odrzucony ze szkoły muzycznej. "Dziwne uzasadnienie"

Orłoś twierdzi, że nie żałuje zawodowych wyborów - przez lata robił tyle rzeczy naraz, że nie ma czego żałować. Jest jednak jeden wyjątek, który pochodzi nie z kariery, lecz z czasów, gdy miał zaledwie sześć czy siedem lat.

"Jedyne, czego mogę żałować, to to, że nie poszedłem do szkoły muzycznej. Jak byłem w wieku 6-7 lat, to miałem egzamin. Albowiem słuch miałem, gdzieś tam w chórze śpiewałem. I oni mnie nie przyjęli do tej szkoły pierwszego stopnia, bo podobno - choć ja tego nie pamiętam - powiedzieli, że za bardzo się stresuję. Dziwne uzasadnienie" - przyznał prezenter w tym samym wywiadzie.

Kilkuletni Maciej Orłoś oblał egzamin do szkoły muzycznej z powodu stresu. Człowiek, który przez lata prowadził na żywo jeden z najbardziej rozpoznawalnych programów informacyjnych w Polsce. Los lubi się śmiać.

Czy gdyby tamta komisja rekrutacyjna podjęła inną decyzję, mielibyśmy dziś pianistę zamiast prezentera? Tego już się nie dowiemy. Sam Orłoś wydaje się godzić z tym faktem - choć wyraźnie wraca do tej historii chętniej niż do jakiejkolwiek innej.