Pięćdziesiąt lat, pierwsze własne mieszkanie i zero partnera po raz pierwszy w życiu. Dorota Naruszewicz wyznała w wywiadzie, że rozwód po 27 latach wspólnego życia był dla niej czymś, do czego nie była zupełnie przygotowana.
Widzowie znają ją z roli Beaty Boreckiej w serialu Klan, którą grała przez 14 lat. Ale to, co działo się w jej prywatnym życiu po 2020 roku, przez długi czas pozostawało za zamkniętymi drzwiami. Dopiero teraz Dorota Naruszewicz zdecydowała się powiedzieć wprost, jak naprawdę wyglądały początki życia w pojedynkę.
Prawie 30 lat z jednym człowiekiem - i nagle cisza
Naruszewicz i prawnik Tomasz Żórawski byli razem niemal trzy dekady. Pobrali się w 2005 roku, ale związek zaczęli wcześniej - córka Nina urodziła się jeszcze przed ślubem, Nella rok później, w 2006. Przez lata uchodzili za stabilną, zgodną parę. Informacja o rozwodzie zaskoczyła wszystkich.
W cyklu Bez cukru na kanale Dzień Dobry TVN aktorka przyznała, że rozstanie nie było żadnym dramatem sercowym - ale i tak ją złamało. „Bardzo trudno i to nawet nie chodzi o to, że to był jakiś dramat sercowy, bo to już było na takim spokojnym etapie i myśmy się ładnie rozstali" - mówiła.
Co więc było najtrudniejsze? Samotność. Nie ta dramatyczna, filmowa - ale codzienna, fizyczna, namacalna.
„To jest bardzo trudne zacząć żyć samemu, to jest ogromna transformacja życiowa. Tracisz cały swój świat, bo dla mnie małżeństwo niezależnie od jego kondycji to było przez 27 lat życie z kimś, dzielenie się z nim każdym dniem, wszystkim, co robisz. Nawet jak się kłócisz, to się kłócisz z kimś" - wyznała w tym samym wywiadzie.
Pierwszy raz sama - w wieku 50 lat
Naruszewicz nigdy wcześniej nie mieszkała samodzielnie. Wprost: ani jednego dnia. Najpierw dom rodzinny, potem od razu wspólne życie z partnerem. Gdy po rozwodzie wyprowadziła się z rodzinnego domu, miała około pięćdziesiątki i po raz pierwszy w życiu przekręciła klucz we własnych drzwiach - bez nikogo po drugiej stronie.
„Ja zawsze z kimś byłam. Najpierw z rodzicami, a potem z mężem. Nie miałam w życiu takiego etapu, że mieszkałam sama. I tu raptem w wieku już dojrzałym, koło pięćdziesiątki, mieszkam sama" - powiedziała w Dzień Dobry TVN.
Przyznała, że przez ten czas mogła liczyć na przyjaciół. I że dziś - patrząc wstecz - nie żałuje ani lat spędzonych z mężem, ani decyzji o rozstaniu. „Bardzo sobie cenię, że miałam tak długi związek. To jest dla mnie ogromna wartość i to, że on się skończył, nie powoduje, że ja coś przegrałam" - dodała.
Kobiety, które rozwiodły się po 40. czy 50., wiedzą dokładnie, o czym mówi. To nie jest koniec - to restart bez instrukcji obsługi. Naruszewicz wygląda na taką, która ten restart zdała.
A wy - dalibyście radę zacząć wszystko od nowa w pięćdziesiątkę? Napiszcie w komentarzach.



