1800 złotych. Tyle Mariola Bojarska-Ferenc dostaje co miesiąc emerytury. Za prąd by nie starczyło - przyznaje wprost.
Dekady na ekranie, bestsellery w księgarniach, twarz kilku kultowych programów telewizyjnych - a emerytura jak u kogoś, kto przez całe życie pracował za minimalne wynagrodzenie. Mariola Bojarska-Ferenc nie owija w bawełnę: świadczenie z ZUS nie pokryłoby jej nawet podstawowych rachunków.
"Tragicznie, ale nie mam pretensji do nikogo"
Gwiazda znana z "Pytania na śniadanie", "Studio urody" czy "VIVA! Bez Tabu" w rozmowie z Pomponik.pl powiedziała wprost: "Dostaję 1800 złotych. Tragicznie, ale nie mam pretensji do nikogo. Płaciłam takie składki, jakie płaciłam, to mam taką emeryturę, jaką mam". Powód? Przez całą karierę prowadziła własną działalność. "Nigdy nie pracowałam na etacie, zawsze byłam swoją własną firmą, zarabiałam raz mniej, raz więcej, więc nie mogłam zadeklarować się na jakąś stałą stawkę" - tłumaczyła.
Kilka lat temu, w rozmowie z Pudelkiem, 65-latka powiedziała jeszcze dosadniej: "Dzisiaj z mężem się śmialiśmy, że nawet za prąd byśmy nie zapłacili". Śmiech przez łzy - ale przynajmniej szczery.
Pracuje, bo kocha - nie dlatego, że musi (choć trochę musi)
Bojarskiej-Ferenc ratuje to, że nie zamierza zwalniać tempa. Bogata kariera i rozpoznawalne nazwisko przyciągają kolejne współprace komercyjne, więc 1800 złotych z ZUS to dla niej bardziej ciekawostka niż dramat.
"Pomijając pieniądze, ja pracuję dlatego, bo to kocham. Ja nie jestem kobietą, która lubi leżeć i pachnieć. Mnie nauczono, że trzeba być czynną kobietą" - mówiła w rozmowie z Pudelkiem.
Na emeryturę - przynajmniej tę prawdziwą, fotelową - się nie zanosi. I trudno się dziwić.
Jedyne pytanie, które zostaje: ile gwiazd z jej pokolenia jest w dokładnie tej samej sytuacji, ale woli milczeć?




