Paweł Małaszyński przez dwie dekady nosił łatkę, którą sam sobie nie wybrał. Serial 'Magda M.' z 2005 roku przyniósł mu sławę - i przyczepił etykietę, z której przez lata nie mógł się wyplątać. Dopiero teraz, u progu pięćdziesiątki, aktor zdecydował się być szczery o tym, ile go to kosztowało.

Sukces, który stał się pułapką

Kiedy Paweł Małaszyński przyszedł na casting do "Magdy M.", miał konkretny plan. Chciał zagrać romantycznego prawnika w ciepłej historii miłosnej - coś zupełnie innego niż wcześniej. Liczył, że każda kolejna rola będzie z innego świata, że będzie się zmieniać i szukać. To miała być jego ścieżka do bycia prawdziwym aktorem.

"Świetnie, teraz mogę zrobić coś kompletnie innego" - tak wtedy myślał, jak wspomina dziś w rozmowie z Plejadą. Nikt z ekipy nie spodziewał się, że serial stanie się fenomenem. Nikt nie przewidział, że Piotr Korzecki zacznie żyć własnym życiem.

Od gwiazdy do niewolnika jednej roli

"Paradoksalnie ten ogromny sukces trochę mnie ograniczył" - przyznał Małaszyński. Tak wygląda cena fenomenu: miliony widzów, masa propozycji - ale wszystkie bardzo podobne do siebie. Rola, którą wybrał po to, żeby pokazać inną twarz, zaczęła go definiować.

"Przyklejono mi łatkę przystojnego, sympatycznego amanta. Do tego doszła moja fizjonomia, wcześniejsze role i media, które mocno utrwalały określony obraz" - tłumaczy 50-latek. Przez lata odmawiał ofert, które brzmiały jak wariacja na temat Piotra Korzeckiego. Czekał na coś nieoczywistego. Czekał na szansę, by się wykazać czymś innym.

Odrzucił też sporo kampanii reklamowych. "Bałem się, że bardzo szybko przeeksploatuję swój wizerunek i zamiast być aktorem, stanę się chłopakiem z reklamy" - wyjaśnił swoje wtedy kontrowersyjne stanowisko.

Kiedy telefon przestał dzwonić

Uparcie Małaszyńskiego miało swoją cenę. Po okresie wzmożonego zainteresowania jego osobą przyszła cicha epoka - telefon dzwonił rzadziej. Musiał mierzyć się z niepewnością i wątpliwościami.

"Nie będę udawał, że tego nie zauważyłem i że było mi z tym łatwo. Ale sam dokonywałem tych wyborów" - przyznał z dystansu czasowego. Dziś widzi, że może czasami był za uparty, za mało elastyczny. "Pewnie popełniłem po drodze kilka błędów. Nie przeczę" - mówi szczerze.

Ale Małaszyński broni swoich decyzji. "Czułem, że jeśli cały czas będę robił rzeczy, w których już siebie nie widzę, to w pewnym momencie przestanę wiedzieć, po co w ogóle wykonuję ten zawód" - wyjaśnia logikę, którą kierował się wtedy. I dodaje coś, co brzmi jak wyuczona lekcja: "Przyszedł też moment, kiedy po prostu musiałem zejść trochę z pierwszego planu. Przestać gonić i za wszelką cenę udowadniać, że wciąż tu jestem. Nie było to łatwe, ale z perspektywy czasu wiem, że było mi potrzebne."

Koniec epoki reflexji

Wyznania Małaszyńskiego padają w roku 21. rocznicy premiery "Magdy M." - serialu, który go zawsze będzie definiować dla części widzów, niezależnie od tego, ile ról zagrał potem. Dla samego aktora to jednak już przeszłość, którą pogodził się z czasem.

Co na to inni aktorzy, którzy przeszli podobny syndrom jednej kultowej roli? Może ta szczerość Małaszyńskiego otworzy im usta.