Kinga Rusin i Marek Kujawa podróżują po świecie bez względu na pogodę. Na Rodos jednak pogoda postanowiła ich zaskoczić - i to niemal fatalne skutkami, które minęły ich o włos.

Spokój przerwany burzą

Kinga Rusin i jej partner Marek Kujawa spędzali październik na greckim raju. Wyspa Rodos miała być miejscem, w którym odnajdą to, co najcenniejsze - ciszę. "Mamy tu coś, co w naszych czasach jest bezcenne: ciszę i spokój" - pisała celebrytka na Instagramie kilka dni przed dramatem.

Plany były idealne. Pogoda? Inna historia. W ciągu jednego dnia na wyspie zmieniła się całkowicie.

"Dantejskie sceny" kilkanaście kilometrów od nich

Nawałnice przeszły przez Rodos z całą mocą, ale z pewnością dla Rusin i Kujawy. Gdy kilkanaście kilometrów na północ szalały burze opisywane w światowych mediach, na terenie, gdzie przebywała para, padał zwyczajny deszcz.

"Jeszcze przedwczoraj nic nie zapowiadało jakiegoś wielkiego dramatu" - relacjonowała zaniepokojona dziennikarka na Instagramie. "Dziś Rodos liczy straty po przejściu nawałnic."

Rusin nie ukrywała, jak blisko była katastrofa. "Aż nieprawdopodobne, że dantejskie sceny opisywane dziś nie tylko w lokalnych, ale też w światowych serwisach miały miejsce zaledwie kilkanaście kilometrów na północ od nas. I to dokładnie wtedy, kiedy piliśmy, jak gdyby nigdy nic, kawę z widokiem na wyjątkowo wzburzone morze" - opowiadała.

"Byliśmy przygotowani na najgorsze"

Choć sytuacja była poważna, para nie panikuje. Rusin przyznała, że wraz z Kujawą byli gotowi na każdy scenariusz, ale decyzja o ewakuacji nie była niezbędna.

"U nas kilka godzin później spadł tylko deszcz. Byliśmy przygotowani na najgorsze... Czy w związku z tym wrócimy do Polsce? Jeszcze nie. Tym bardziej że dziś mamy już piękne słońce i 28 stopni w cieniu" - podsumowała na Instagramie.

Para pozostaje na wyspie, a pogoda już się uspokoiła. Dla Rusin i Kujawy to lekcja, że nawet idealne wakacje mogą przerwać niespodziewane zdarzenia - ale jeśli macie szczęście i przygotowanie, podróż toczy się dalej.