Słowo 'darmozjady' zrobiło w środowisku artystycznym większe spustoszenie niż sama wysokość emerytur. Ewa Kasprzyk wie o tym najlepiej - i postanowiła to powiedzieć głośno.
Debata o emeryturach artystów trwa w najlepsze, a kolejne gwiazdy dorzucają swoje trzy grosze. Tym razem głos zabrała Ewa Kasprzyk - aktorka, którą widzowie pokochali jako temperamentną Barbarę Wolańską z "Kogiel-mogiel", a potem śledzili w "Złotopolskich", "Przyjaciółkach" i "Magdzie M.". Ostatnio głośno zrobiło się też wokół jej odejścia z jury "Tańca z Gwiazdami" - w kolejnej edycji jej fotela już nie będzie.
Co Kasprzyk sądzi o dopłatach do emerytur?
Ewa Kasprzyk przyznała w rozmowie z serwisem Plejada, że sama jest na emeryturze od kilku lat i formalnie nie jest już bezpośrednio zainteresowana tym tematem. Martwi ją jednak sytuacja koleżanek i kolegów z branży - i fakt, że kwestia emerytur artystów wciąż nie doczekała się żadnego uregulowania.
"Na emeryturze jestem już parę ładnych lat i jestem chyba już poza strefą tych interesów, ale myślę, że jakieś uregulowanie tej kwestii musi nastąpić. Bardziej się chyba niepokoję tym tekstem, że my jesteśmy darmozjadami, niż samymi emeryturami" - powiedziała aktorka w rozmowie z Plejadą.
Kasprzyk nie zostawiła suchej nitki na tych, którzy używają słowa "darmozjady" wobec artystów. Jednocześnie - co typowe dla jej stylu - zamiast dramatyzować, wolała obrócić sprawę w żart.
"Dopłaty? A to proszę bardzo. Ja jestem chętna. Ile? Wezmę wszystko z dobrodziejstwem inwentarza do tej emerytury, bo przecież my jesteśmy darmozjadami, bo na przykład nie możemy, bo nam zdrowie nie pozwala, by pracować. Można się tam czasem zdenerwować, ale zaraz potem trzeba się śmiać z tego" - stwierdziła.
Branża mówi jednym głosem?
Kasprzyk nie jest jedyną aktorką, która ostatnio zabrała głos w tej sprawie. Temat emerytur artystów rozgrzewa polskie środowisko od tygodni - wcześniej podobne opinie wyrażały inne znane twarze polskiego kina i telewizji. Wszyscy mówią podobnie: system jest niesprawiedliwy, a brak uregulowań prawnych uderza w tych, którzy całe życie poświęcili scenie i ekranowi.
Co ciekawe, Kasprzyk podchodzi do całej sprawy ze spokojem godnym kogoś, kto przez dekady w tym biznesie widział już różne rzeczy. Żart o "dobrodziejstwie inwentarza" to klasyczny jej styl - dystans i ironia zamiast płaczu nad losem.
Pytanie tylko, czy takie podejście wystarczy, żeby cokolwiek w tej sprawie ruszyło z miejsca. Na razie artyści mówią, politycy słuchają - albo i nie. Co sądzicie? Dajcie znać w komentarzach.



