Córka Andrzeja Wajdy i Beaty Tyszkiewicz nigdy nie czuła się obciążona rozstaniem swoich sławnych rodziców. Karolina ujawnia, jak wyglądały weekendy u taty i dlaczego zawsze czuła się bezpieczna.
Rozwód legendy polskiego kina Andrzeja Wajdy i gwiazdy ekranu Beaty Tyszkiewicz trwał zaledwie dwa lata po ślubie, ale dla ich córki Karoliny był niemal niezauważalny. Wszystko dlatego, że oboje rodzice wybrali dojrzałość i szacunek wobec siebie - i dziecka.
Weekendy na Żoliborzu
Karolina Wajda miała zaledwie trzy lata, gdy jej rodzice się rozstali. Dziś, wiele lat później, wspomina tamten czas bez żalu czy strachu - a wszystko za sprawą ojca, który traktował jej dzieciństwo jak projekt artystyczny godny najlepszych filmów.
"Miałam wtedy trzy lata. I nie przypominam sobie, żeby to było źródłem moich niepokojów czy stresów" - przyznała w rozmowie z magazynem "Viva!" córka reżysera. "Tata często się mną opiekował, a wszystkie weekendy spędzaliśmy razem. Co niedzielę czekała nas jakaś wspaniała wyprawa."
Andrzej Wajda, który był ojcem w wieku 40 lat, potraktował ojcostwo z zaangażowaniem artysty. Niedziela za niedzielą organizował dla Karoliny wyprawy i zabawy. Dziś jego córka dostrzega, jak niezwykłe było to podejście - zwłaszcza w tamtych czasach.
"Dopiero teraz widzę, jak wiele mi poświęcał"
W domu na Żoliborzu Karolina miała swój własny pokój - malowany na niebiesko, z balkonem, piętrowym łóżkiem, półkami pełnymi książek i zabawek. To była jej przestrzeń, jej schronienie. "Jechaliśmy do niego do domu na Żoliborzu. Miałam tam swój pokój z balkonem, bardzo ładny, ze ścianami pomalowanymi na niebiesko" - wspominała.
Ale prawdziwy dar nie był materialne - to była jego obecność. "Dopiero teraz widzę, jak wiele czasu i uwagi mi poświęcał. Wtedy uważałam, że każdy ma taki fantastyczny entuzjazm do wszystkiego jak mój tata. Nie wydawało mi się to niczym nadzwyczajnym. A przecież nie był młodym ojcem, który w jakiś naturalny sposób bawi się z dzieckiem. Kiedy się urodziłam, miał 40 lat" - mówiła Karolina w wywiadzie.
Szacunek zamiast dramatu
Jak Karolina ujawniła, jej rodzice wybrali drogę, którą dziś rekomendowaliby terapeuci - rozstali się, ale pozostali dla dziecka niezłomni. "Nigdy też nie słyszałam, by o coś się oskarżali. Tata nie poddawał ocenie sposobu, w jaki mama mnie wychowuje i vice versa" - podkreślała.
To właśnie ta dojrzałość dała jej poczucie bezpieczeństwa, które niosła przez całe życie. "Chyba dzięki temu zawsze czułam się szalenie bezpieczna. Oni byli dla mnie niezłomni, do tej pory mam poczucie, że w chwili słabości zawsze mnie podźwigną" - przyznała córka reżysera.
Karolina sama wybrała dystans do dorosłych spraw rodziców. Zaakceptowała ich późniejsze związki, utrzymywała dobre relacje z ich partnerami. "Rodzice nie wciągali mnie w swoje dorosłe życie. To były ich sprawy, a nie moje" - podsumowała z mądrością.
Takie podejście było lekcją dla córki - która nigdy nie poszła w ślady swoich sławnych rodziców, ale zapamiętała jak najważniejszą lekcję: rozwód to sprawa między rodzicami, nigdy między rodzicami a dzieckiem.
Materiał przygotowany przez redakcję z wykorzystaniem narzędzi automatyzacji.