Jan Englert miał na planie zaledwie trzy dni. Jego rola w nowej 'Lalce' jest tak mała, że sam aktor mówi o niej bez większego entuzjazmu - a do filmu nawet się jeszcze nie wybrał.

# Jan Englert o nowej Lalce - bez osłonek

Jan Englert zagrał epizod w filmowej wersji 'Lalki', ale zamiast być zadowolony z powrotu do tej roli, aktor przeszedł do frontalnego ataku na cały projekt. W rozmowie z Plejadą nie krył swoich wątpliwości.

"Mój epizod jest tak mało znaczący, że niewiele mam do powiedzenia. Byłem trzy dni na planie zdjęciowym, a filmu jeszcze nie widziałem" - zaznaczył na wstępie. Tym razem Englert nie wcielił się w Mraczewskiego, w którego grał w poprzedniej wersji.

Industrializacja kina zamiast sztuki

Zdaniem Englerta powrót do 'Lalki' to czysto biznesowa decyzja, a nie artystyczna. Aktor jest przekonany, że wielkie wytwórnie filmowe celowo wybierają znane już dzieła, by wyciągnąć pieniądze z portfeli sentymentalnych widzów. "W tej chwili żyjemy w sklepie z zabawkami, więc nic dziwnego, że 'Lalka' jest interesująca. Dajemy sobą sterować. Prowadzą nas za rączkę jak przedszkolaków do przedszkola, a my jesteśmy szczęśliwi" - mówi gorzko.

Aktor uważa, że współczesny film podporządkowany jest logice korporacyjnej, a sztuka schodzi na dalszy plan. "Robimy to, co nam korporacje i sztuczna inteligencja narzucają. Jako zgorzkniały starzec i dziaders uważam, że zmierzamy w kierunku decywilizacji" - ocenia bez półśrodków.

Nie będzie oglądać

Okazuje się, że Englert nie tylko krytykuje projekt - po prostu nie ma zamiaru go obejrzeć. Aktor uważa, że film to tylko kolejny odczyt znanej już historii, a liczba wygrywa z jakością. "To kiedyś odniosło sukces finansowy i rokuje sukces ponowny. Jest w tej chwili realizowane nie ze względu na jakość, tylko na ilość. Ilość wygrywa z jakością i koniec. Chodzi o pieniądze, widzów i oglądalność itd." - wyjaśnia.

Januszowi Englertowi przeszkadza też sam fakt rejestracji. Zdaniem aktora, który pochodzi z rodziny silnie związanej z teatrem, film pozostaje niezmienny, podczas gdy przedstawienie teatralne żyje w pamięci każdego widza inaczej. "Generalnie nie jestem za obejrzeniem, jak ktoś na nowo coś odczytał, co już było zrobione i na dodatek jest zarejestrowane. Teatr ma tę przewagę, że nie ma rejestracji i po pięciu latach można robić na nowo zupełnie coś innego."

Wprawdzie nowa wersja 'Lalki' pobiła rekordy oglądalności, ale dla Englerta to tylko dowód na to, że "reminiscencja i granie na sentymentach" to główny silnik współczesnego kina. "Nie jestem bardzo ciekawy, jak na nowo zrobiona jest 'Lalka'. Nie jestem również ciekawy, jak na nowo są zrobieni 'Sami swoi'. Ta nowa wersja przecież nie dogania starej" - podsumowuje bez ogródek.

Co na to fani? Czy zgadzają się z Englertem, że współczesne kino poddało się logice biznesu?