Żona właśnie powiedziała mu, że jest ktoś inny. Papiery rozwodowe czekały na podpis. Wtedy zadzwoniła dziennikarka z Wrocławia.

Małgorzata nie wytrzymała życia z gwiazdą

Andrzej Dąbrowski poznał Małgorzatę Piątkowską, gdy miał 24 lata i dopiero zaczynał karierę na polskiej scenie jazzowej. Ona studiowała w krakowskiej Akademii Muzycznej. On przyjechał tam z kolegami - jak sam zapisał w terminarzu - "zrobić przegląd dziewczyn". Następnego dnia w kalendarzu pojawił się wpis: "Małgosia?". Ze znakiem zapytania.

Znak zapytania szybko zniknął. Para wzięła ślub w krakowskim Ratuszu 19 grudnia 1965 roku. Osiem dni później - kościelny, w małej kaplicy w Zakopanem.

Problem zaczął się wraz z sukcesem. Gdy w 1970 roku Dąbrowski wyjechał z Opola z główną nagrodą za piosenkę "Zielono mi", Polska go pokochała. Jego żona - niekoniecznie. Małgorzata źle znosiła popularność męża i jego ciągłą nieobecność. Przeprowadzili się do Warszawy, ale remont nowego mieszkania przy ul. Nowowiejskiej ciągnął się miesiącami. Ona z synem Piotrem siedziała u rodziny w Krakowie. On pracował bez przerwy.

"Traciliśmy ze sobą kontakt, oddalaliśmy się od siebie" - przyznał Dąbrowski w autobiografii "Do zwariowania jeden krok".

Ironicznie - właśnie wtedy, gdy jego małżeństwo się sypało, nagrał "Do zakochania jeden krok". Piosenka stała się hymnem zakochanych w całej Polsce. W domu było inaczej.

Telefon, który zmienił wszystko

W lutym 1975 roku Małgorzata poprosiła go o rozwód. Powiedziała wprost: jest w jej życiu inny mężczyzna. Dąbrowski się zgodził - bez awantur, za porozumieniem stron.

Dzień przed finalizacją sprawy zadzwoniła do niego Agnieszka Matynia - dziennikarka z wrocławskiego oddziału TVP. Chciała przeprowadzić z nim wywiad do programu "Ludzie z pierwszych stron gazet". Dąbrowski akurat przyjechał do Wrocławia na rajd samochodowy, więc termin się zgadzał.

Przyszła. Porozmawiali. I podobno to była rozmowa, która zmieniła wszystko.

Agnieszka Matynia została miłością jego życia. Według relacji samego artysty są razem już ponad 50 lat.

Człowiek, który napisał w kalendarzu "Małgosia?" ze znakiem zapytania, tym razem nie wahał się ani chwili.

Co myślicie - takie przypadki naprawdę istnieją, czy Dąbrowski po prostu miał wyjątkowego nosa do timing'u? Dajcie znać w komentarzach.