Zanim podbiła kortы Paryża, siedziała w ławce w Dąbrowie Górniczej i uczyła się na indywidualnym trybie nauczania. Wicedyrektor jej szkoły właśnie opowiedział, jaką uczennicą była Maja Chwalińska.
Maja Chwalińska wróciła z French Open 2026 z trofeum wicemistrzyni i tłumem fanów na lotnisku. Polska tenis nagle ma nową bohaterkę - 24-latkę, która przed turniejem zajmowała 114. miejsce w rankingu WTA, a potem pokonywała kolejno Qinwen Zheng, Marię Sakkari i kilka innych wyżej notowanych rywalek. W finale przegrała z Rosjanką Mirrą Andriejewą, ale nikt w Polsce nie czuje się rozczarowany.
Teraz, gdy wszyscy chcą wiedzieć o niej wszystko, głos zabrali ci, którzy znali ją jeszcze zanim ktokolwiek słyszał to nazwisko.
Indywidualny tryb nauczania i same piątki
Chwalińska przez dziewięć lat chodziła do Szkoły Podstawowej nr 29 z Oddziałami Sportowymi im. Alfreda Szklarskiego w Dąbrowie Górniczej. Kiedy treningi i wyjazdy na turnieje zaczęły kolidować z lekcjami, wicedyrektor placówki zgodził się na indywidualny tryb nauczania - i jak wynika z jego słów, nie żałuje tej decyzji ani przez chwilę.
"Maję wspominamy bardzo dobrze. Była znakomitą uczennicą zarówno pod względem wyników w nauce, jak i zachowania. Cechowały ją pracowitość, ambicja i konsekwencja w dążeniu do realizacji marzeń" - powiedział wicedyrektor szkoły w rozmowie cytowanej przez portal Kozaczek.
Już jako juniorka Chwalińska zdobywała medale mistrzostw Europy i grała w reprezentacji, która w 2016 roku wygrała juniorski Fed Cup. Szkoła i kort musiały jakoś ze sobą współistnieć - i współistniały.
"Wróci przed kamerami, gdy zdobędzie tytuł"
Po powrocie do kraju Chwalińska odwiedziła studio "Dzień Dobry TVN", gdzie - jak przypomniano - podobno obiecała kiedyś wrócić przed kamery właśnie po wielkim sukcesie. Dziesięć lat później dotrzymała słowa.
Na lotnisku czekały na nią tłumy, autografy, bukiety kwiatów i dziesiątki mikrofonów. Jej media społecznościowe eksplodowały od nowych obserwujących. Polska ma nową ikonę sportu - i to taką, która w szkole była prymuską.
Czy to wzorzec, który powtórzy się jeszcze raz na Wimbledonie? Fani już liczą dni.










