Dominika Chorosińska nie przeprasza. Dwa dni po tym, jak jej głośne 'hau, hau' wylądowało w oficjalnych stenogramach sejmowych, aktorka zamieniła je w broń polityczną - i wyjaśniła premierowi Donaldowi Tuskowi i wicepremierowi Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, co ma jej szczekanie do powiedzenia.
Szczekanie jako protest polityczny
Dominika Chorosińska nie zamierza się tłumaczyć ani przepraszać. W piątek, podczas sejmowego posiedzenia, gdy na mównicę wszedł wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, posłanka PiS wyraziła swój sprzeciw w niestandardowy sposób - głośno szczekając. Nagranie błyskawicznie stało się wiralem, a odgłosy 'hau, hau' po raz pierwszy w historii polskiego parlamentu trafiły do oficjalnych stenogramów.
Dwa dni później Chorosińska zabrała głos na platformie X. Zamiast wyjaśniać się ze swojego zachowania, aktorka przeszła do kontrataku. "Jedyny język jaki rozumieją @donaldtusk i @KosiniakKamysz to szczekanie psów z Kłodzka" - napisała krótko, wbijając szpilę premierowi i wicepremierowi.
Od planu do sejmu
Chorosińska szerszej publiczności znana jest przede wszystkim z roli w serialu "M jak miłość". Jednak od kilku lat zamienił ławy kinowe na parlamentarne fotele. W polityce zyskała rozgłos m.in. za sprawą swojej konserwatywnej linii oraz stanowiska ministra kultury i dziedzictwa narodowego w krótkim "dwutygodniowym rządzie" Mateusza Morawieckiego.
Posłanka PiS znana jest z burzliwych wypowiedzi i nie boi się kontrowersji - tym razem jednak przebiła samą siebie. Jej sejmowa performance stał się jednym z najpopularniejszych momentów ostatnich dni w mediach społecznościowych, z tysiącami memów i dyskusji na temat granic parlamentarnego protestu.
Co na to politycy?
Odpowiedź koalicji rządowej na słowa Chorosińskiej nie jest jeszcze znana. Jednak fakt, że posłanka nie wycofa się z controversyjnego zachowania, lecz wręcz je uzasadni, pokazuje, iż dla PiS 'afera szczekania' jest już nie wpadką, ale elementem politycznego boju.
Pytanie pozostaje: czy tego typu protest w Sejmie to dowód na desperację opozycji, czy może rodzaj performatywnej polityki, która coraz bardziej przypomina reality show niż pracę parlamentu? Komentarze internautów dzielą się pół na pół.

