Baron wreszcie się odezwał. W studiu "Onet rano" muzyk po miesiącach milczenia przerwał milczenie i opowiedział, jak żyje po wypadku drogowym z kwietnia, który wstrząsnął polskim show-biznesem. Ale to, co powiedział o prawie jazdy, zaskoczył każdego.
Wypadek Barona. Co się naprawdę stało?
W kwietnia doszło do groźnego zderzenia na terenie Słomczyna. Za kierownicą Jetour'a siedział Aleksander Milwiw-Baron. Drugi pojazd - motocykl - pilotował 37-latek. Ten trafił do szpitala z obrażeniami. Prokuratura postawiła Baronowi zarzuty. Muzyk przyznał się do winy i wyraził żal. Sprawa trafiła do sądu z wnioskiem o warunkowość - 5 tys. złotych nawiązki dla poszkodowanego.
Ale Baron nie zniknął. Ciągle pojawia się w mediach, juroruje w "The Voice of Poland", działa w social mediach. Jakby nic się nie stało. I właśnie o tym rozmawiał z Odetą Moro.
"Ostatnimi czasy zostałem farmerem"
Baron przyjechał do studia spóźniony. Odeta Moro drażniła go z uśmiechem - skąd takie opóźnienie? Muzyk odparł bez owijania: mieszka teraz na wsi, 30 kilometrów od Warszawy. "Ja ostatnimi czasy zostałem farmerem i mieszkam na wsi. A że ta wieś dzieli jakieś 30 parę kilometrów od Warszawy" - wyjaśniał, siedząc w studiu.
Klucz w tym słowie: "mieszkam". Czyli jeździ. Jeździ z podwarszawskiej wsi do Warszawy. Jeździ do "Onet rana". Jeździ do "The Voice of Poland".
Odeta nie mogła tego przeoczyć.
Pytanie, które zawieszało się w powietrzu
"A możesz jeździć? Pytam, bo po ostatnich twoich przygodach nie wiem, czy masz, czy nie masz" - zapytała prowadząca wprost. Nie było tu cienia dyplomacji. Czytelnicy chcieli wiedzieć: czy sąd odebrał mu prawo jazdy? Czy może jeździ mimo zawieszenia?
Baronowi wyraźnie nie spodobało się takie pytanie. Uniknął odpowiedzi jak zawodowiec.
"Kto nie ma przygód w życiu, ten nie żyje"
To była cała odpowiedź Aleksandra. Nie potwierdził, że ma prawo jazdy. Nie powiedział, że go stracił. Rzucił jedynie aforyzm - taki sobie życiowy mantra, która miała zmienić temat. Rozmowa szybko przesunęła się na zawodową codzienność muzyka.
I tyle. Zagadka pozostała. Według źródeł, postępowanie prokuratorskie nie doprowadziło do odebrania mu uprawnień - sąd ma się jeszcze wypowiedzieć. Ale fakt jest taki: Baron jeździ. Jeździ do pracy, jeździ z wsi. Jeździ sobie.
Co dalej?
Sprawa czeka na wyrok. Sąd rozstrzygnie o warunkowym umorzeniu postępowania i nawiązce 5 tys. złotych dla poszkodowanego. Baron tymczasem wrócił do normalności - praca w telewizji, aktywność w mediach społecznościowych, życie na wsi.
Ale pytanie Odety Moro wisiało w studiu jak chmura. I Baron celowo nie odpowiedział. Czy to oznacza, że ma prawo jazdy i chce o tym zapomnieć? Czy może rzeczywiście je stracił, ale wolał uniknąć tematu?
Co myślisz - powinna była go bardziej przycisnąć? Daj znać w komentarzach.










