Walizki były prawie spakowane. Andrzej Krzywy czekał na paszport i bilet do Australii - zamiast tego trafił na próbę zespołu, który zmienił polską muzykę rozrywkową.

Rok 1987. Andrzej Krzywy żegna się z zespołem Daab i ma jeden konkretny plan: wyjazd za granicę. Do Australii pojechali już jego kumple, on czeka na paszport. Muzyka? Niekoniecznie.

"Perkoz, daj mi spokój" - tak zaczęła się historia De Mono

Gitarzysta Jacek Perkowski, znany w środowisku jako Perkoz, nie zamierzał odpuszczać. Dzwonił regularnie, namawiał, przekonywał. Krzywy odbierał każdy telefon z nadzieją, że to wiadomość o wyjeździe - a zamiast tego słyszał: jest fajny zespół, szukamy wokalisty.

"Dzwonił do mnie cały czas mój przyjaciel jeszcze z Daabu i mówił: słuchaj, jest zespół, jest fajny zespół. Przyjdź, szukamy wokalisty. Ja mówię: Nie chcę. Perkoz, daj mi spokój" - wspominał Andrzej Krzywy w rozmowie z "Faktem".

W końcu, żeby mieć spokój, poszedł na tę jedną próbę. Z nastawieniem: posłucham, grzecznie odmówię, wrócę do planów z Australią.

"To ma potencjał" - i tak zostało na dekady

Na próbie Krzywy usłyszał kilka piosenek. I coś zaskoczyło. "Poszedłem na próbę i nie ukrywam, zachwyciło mnie to, co oni przygotowali, te parę piosenek. Mówię: to ma potencjał, to jest coś fajnego. No i tak się zaczęło" - przyznał wokalista.

Australia zeszła na dalszy plan. Australijscy kumple musieli poczekać - a może i do dziś czekają. De Mono tymczasem ruszyło z kopyta. Przełomem okazały się "Statki na niebie", singiel który do dziś nuci co najmniej kilka pokoleń Polaków.

"Potem przyszły Statki i się troszkę zmieniło. Oczywiście ogromna popularność, ale też jakby zmieniliśmy, troszkę żeśmy z tego pazura zrezygnowali i poszło to w innym kierunku" - oceniał Krzywy.

Jeden telefon za dużo od Perkoza. Jeden wieczór na próbie. Tyle wystarczyło, żeby Andrzej Krzywy nie skończył kariery w 1987 roku, tylko ją dopiero zaczął. Jak myślicie - gdyby dostał ten paszport wcześniej, De Mono w ogóle by powstało?