Samochód stanął w ogniu, a oni biegli ile sił w nogach, bo bali się wybuchu. Hanna Żudziewicz i Jacek Jeschke opowiedzieli w wywiadzie dla Vivy! o dramacie, który wydarzył się w 2024 roku - w drodze na festiwal do Sopotu, kilka tygodni przed ich ślubem.
Było ślisko. Auto wpadło w poślizg, zjechało na pobocze, uderzyło w przydrożny element. Iskra od spodu wystarczyła. W ciągu chwil samochód stanął w ogniu.
Pasy zaciskały się coraz mocniej. Hanna chwyciła krzyżyk
Hanna Żudziewicz w rozmowie z Vivą! przyznała, że już w trakcie jazdy poczuła, że coś jest nie tak. Nie powiedziała ani słowa - tylko sięgnęła po krzyżyk na szyi. "Ja w pewnym momencie poczułam, jak pasy się coraz mocniej na mnie zaciskają. Nic nie powiedziałam, tylko chwyciłam mój krzyżyk. Czułam, że jest źle" - wspomina tancerka.
Jacek Jeschke relacjonował w tym samym wywiadzie, że decyzje trzeba było podejmować w sekundy. Buty, telefon, laptop - wszystko zostało w środku. "Wiedzieliśmy tylko, że musimy uciec jak najdalej, bo samochód zaraz wybuchnie" - mówił choreograf. Para odskoczyła na bezpieczną odległość i patrzyła, jak auto spłonęło doszczętnie przed ich oczami.
Żudziewicz dodała jedno zdanie, które mówi wszystko: "Biegnąc, myślałam o naszej córeczce, że mamy dla kogo żyć."
Policja była pewna, że nikt nie ocalał. A jednak
Gdy na miejsce dotarli funkcjonariusze, zobaczyli spalony wrak i pobocze wyglądające jak finał katastrofy. Według relacji Żudziewicz i Jeschke z Vivy!, policjanci mieli być przekonani, że nikt z tego auta nie wyszedł żywy - dopiero widok pary stojącej obok zmienił ich ocenę sytuacji. Padły słowa o ogromnym szczęściu.
Hanna Żudziewicz przyznała, że incydent odebrała jako znak. "Pomyślałam, że to był jakiś znak. Od Boga, że ktoś nad nami czuwa i żeby pamiętać o tym, co jest najważniejsze. Nie chciałabym tego przeżyć jeszcze raz, ale w jakimś stopniu to był taki zimny prysznic dla nas, że trzeba w życiu zwolnić" - powiedziała w wywiadzie.
Niedługo po wypadku tancerka pokazała w sieci niepokojące zdjęcia ze zdarzenia. Para wyszła z tego bez szwanku - i, jak sami mówią, z nowym spojrzeniem na priorytety. Córka Róża była dla nich w tamtej chwili najważniejszym powodem, żeby biec.
Jak wy reagujecie na takie wyznania? Piszcie w komentarzach.






