Wielki bukiet róż, odrzucona kolacja i wróżka z garderoby - tak zaczął się 40-letni związek Elżbiety Zającównej z Krzysztofem Jaroszyńskim. Bez Józefiny Pellegrini pewnie w ogóle by do niego nie doszło.
Krzysztof Jaroszyński zakochał się w Elżbiecie Zającównej, zanim ją poznał. Zobaczył ją w Vabanku Machulskiego i postanowił, że musi ją spotkać. Kiedy w końcu stanęli twarzą w twarz za kulisami Teatru Syrena, wypalił jej prosto w twarz, że jest za młoda do głównej roli w jego sztuce. Genialny pierwszy ruch.
Następnego dnia wrócił z ogromnymi różami i przeprosinami. Zaproponował kolację. Zającówna odmówiła. Sprawa wyglądała na skończoną.
Starsza koleżanka wiedziała swoje
Całą scenę obserwowała Józefina Pellegrini - aktorka i jedna z najbardziej znanych polskich wróżek. Powiedziała młodszej koleżance wprost: on wróci, a wy do siebie pasujecie. Zającówna posłuchała. "Powiedziała mi, że on wróci. Wrócił kilka dni później i znów zapytał, czy się z nim umówię. Zgodziłam się" - wspominała aktorka w rozmowie z Super TV. Wróżka nie myliła się ani trochę.
"Byliśmy sobie przeznaczeni. Ale nie od razu zostaliśmy parą. Krzysztof musiał się o mnie troszkę postarać" - dodała Zającówna. Para pobrała się dwa lata po pierwszym spotkaniu. Ślub o mało nie skończył się skandalem - spóźnili się do Urzędu Stanu Cywilnego i zapomnieli obrączek. "Zaczęliśmy się sprzeczać, oboje spanikowaliśmy. Na szczęście znajomi pożyczyli nam swoje obrączki" - opowiadała po latach w wywiadzie dla Zwierciadła.
Czterdzieści lat i dwa kryzysy
Małżeństwo przeżyło co najmniej dwa poważne wstrząsy. Pierwszy, gdy Elżbieta poświęciła się całkowicie córce Gabrysi - długo wyczekiwanym dziecku, które przyszło na świat kilka lat po ślubie. Krzysztof poczuł się zepchnięty na drugi plan i wciągnął w wir pracy. "Na moment oboje zapomnieliśmy, że się kochamy" - przyznała Zającówna w rozmowie z Zwierciadłem. Wyszli z tego.
Drugi kryzys był poważniejszy. Jaroszyński podobno zauroczył się Iloną Felicjańską, modelką, która zawróciła mu w głowie. Według relacji, którą para przekazała Zwierciadłu, ostatecznie nie zdecydował się zostawić rodziny. Oboje wyciągnęli wnioski - ograniczyli wyjazdy zawodowe, założyli wspólną firmę producencką w Warszawie.
Pod koniec lat 90. u Elżbiety zdiagnozowano chorobę von Willebranda - zaburzenie krzepliwości krwi, które zmusiło ją do ograniczenia pracy w teatrze. Przed śmiercią wyznała, że jako aktorka czuje się spełniona. Jedyne, czego żałuje - to że miała tylko jedno dziecko.
Czterdzieści lat po tym, jak wróżka powiedziała "idź na tę randkę" - historia Zającównej i Jaroszyńskiego brzmi jak gotowy scenariusz filmowy. Machulski zresztą to wszystko nakręcił, choć nie wiedział, co uruchomił.




