Grażyna Wolszczak dostała emeryturę i po prostu jej nie odebrała. Nie z zapomnienia - z zasady.
67-letnia aktorka "Na Wspólnej" przyznała w podcaście "W stronę długowieczności", że gdy skończyła 60 lat i ZUS wyciągnął do niej rękę ze świadczeniem, ona tę rękę zignorowała. Totalnie. Na złość - sobie i systemowi.
"Obraziłam się" - i pieniądze przepadły
Wolszczak nie owijała w bawełnę. "Ja się tak obraziłam, jak weszłam w wiek emerytalny, że w ogóle nie przyjęłam tego do wiadomości i nie odbierałam emerytury z ZUS. Ona oczywiście mi przepadła, bo postanowiłam to zignorować" - powiedziała wprost w podcaście.
Ile dokładnie przepadło? Tego nie ujawniła. Ale przez kilka lat nieodebrane świadczenie po prostu wyparowało. Aktorka przyznała, że z czasem zmieniła zdanie i zaczęła w końcu pobierać to, co jej się należy. Tyle że traktuje to jak kieszonkowe, nie jak podstawę bytu.
"Ja cały czas pracuję, w związku z tym emerytury nie traktuję poważnie" - powiedziała z kolei w rozmowie z "Faktem".
67 lat i zero zwalniania tempa
Wolszczak regularnie gra w serialu, pojawia się na scenie i przed kamerą. Emerytura to dla niej dodatek do aktorskich honorariów, nie koło ratunkowe. Sama zresztą nie przepada za liczeniem lat - podobno twierdzi, że czuje się na jakieś 42.
Jej historia to rzadki przypadek celebrytki, która mówi o pieniądzach bez owijania w bawełnę. Żadnego "czuję się spełniona artystycznie", żadnego dyplomatycznego omijania tematu. Przepadło, bo zignorowałam - i tyle.
Pytanie tylko jedno: ile kobiet w Polsce czyta ten artykuł i myśli teraz o własnym ZUS-ie? Bo my już sprawdzamy.




