Legenda polskiego radia poznała swoją trzecią żonę na imprezie u znajomych w USA. Wszystko zaczęło się od nudów i spojrzenia, a skończyło się fascynacją na całe życie.
Wojciech Mann siedział na imprezie w Kalifornii i patrzył na Ewę Bańską z nudów. Nie spodziewał się, że ta kobieta - młodsza od niego o prawie 17 lat - stanie się miłością jego życia i matką jego syna.
Pierwsza randka bez planu
Był koniec lat 70., Wojciech Mann pracował w Stanach jako maintenance u doktora Stanisława Burzyńskiego. Na jednej z kalifornijskich imprez u znajomych zobaczył Ewę. "Zauważyłem ją, bo było luźno. Stała z jakimś facetem. Patrzyłem na nią z nudów" - wspominał dziennikarz w rozmowie z autorką książki "Dlaczego się kochają". Spotkali się kilka razy, ale ich znajomość przerwała się, gdy Mann powrócił do Polski.
Ale coś go do niej przyciągało jak magnes. Po przylocie do Warszawy zorientował się, że brakuje mu Ewy. Poleciał z powrotem do Stanów i przekonał ją, żeby wróciła z nim do kraju. Ona się zgodziła.
"Przyciąga kobiety jak magnes"
Ewa Bańska wyznała po latach na łamach "Rewii", że Wojciecha ujął przede wszystkim jego charakter i "niebanalną struktura ciała". "Ciekawe w nim jest to, że odbiega od wzorca klasycznego amanta, a przyciąga kobiety jak magnes. I ja jestem tego niezbitym i, mam nadzieję, ostatnim dowodem" - powiedziała. Mann natomiast zachwycał się "całokształtem" swojej żony. Krystyna Gucewicz, autorka książki o parach, opisała jego fascynację: "Uważa ją za nieodgadnione, wspaniałe zjawisko. Za połączenie nowoczesnej kobiety i tradycjonalistki. Odkrywa w niej stale coraz to nowe szlachetne cechy".
Zakochani najpierw zostali rodzicami syna Marcina, potem wzięli ślub. "Wesele nie było takie, jak być powinno. Nie było wynajętej żadnej sali ani samochodu z lalą na masce. Było bardzo kameralnie, ale muzyka to była moja robota" - wspominał Mann w rozmowie z "Galą".
Ojciec na czterdziestce
Wojciech przyznaje, że był "ojcem roztrzęsionym". Marcin urodził się, gdy miał 43 lata. "Kiedy ktoś staje się ojcem w wieku dwudziestu lat, ma inną perspektywę" - opowiadał. Nie umiał bawić się z synem, nie chodził z nim na spacery. To Ewa budowała fundament wychowania, on tylko puszczał mu swoje ulubione płyty i opowiadał o muzyce.
Legendzie "Szansy na sukces" zawsze bardzo zależało na jednym: żeby Marcin był z niego dumny. "To jedna z najważniejszych rzeczy, by dziecko, myśląc o rodzicach, czuło dumę. Nawet gdy ich już nie ma" - stwierdził. Czasami żałuje, że syn jest jedynakiem. "Chyba żałuję, że nie mam więcej dzieci. Myślę, że dałbym radę wychować dwójkę albo trójkę" - zwierzył się w wywiadzie dla "Vivy!".
Mann uważa, że wspólnie z Ewą wychowali "kulturalnego człowieka, który słyszy i rozumie, co się do niego mówi, sam ładnie mówi i słucha dobrej muzyki". Trzecia żona okazała się pierwszą miłością na całe życie.
Materiał przygotowany przez redakcję z wykorzystaniem narzędzi automatyzacji.