Ojciec zamiast szkolnych stopni liczył gemy i sety. Mama prasowała, gotowała i kleił dom do kupy, gdy Robert Radwański trenował córki z obsesją przyszłego mistrza. Agnieszka Radwańska po raz pierwszy mówi, ile to wszystko kosztowało całą rodzinę.

Jeszcze przed Igą Świątek to Agnieszka Radwańska była symbolem polskiego tenisa. Przez lata ścisła czołówka WTA, finalistka Wimbledonu 2012, wieloletnia numer dwa świata. Za tymi liczbami kryje się jednak historia rodzinna, o której 37-latka przez lata wolała nie mówić.

Tata trener, mama od wszystkiego

Robert Radwański postawił na tenis zanim Agnieszka i Urszula miały cokolwiek do powiedzenia. Starsza z sióstr przyznała w rozmowie z magazynem "Dobry Tydzień", że nie było mowy o innym sporcie: "Nasz tata postawił wszystko na jedną kartę" - powiedziała wprost. Przez kilkanaście lat to ojciec prowadził obie córki jako trener, a szkolne oceny schodziły na dalszy plan. "Z każdego przedmiotu starałam się wyciągnąć niezbędne minimum" - wspominała tenisistka.

Reszta domowych obowiązków spadła na matkę. "Była od wszystkiego. Od dbania o dom, gotowania, prasowania" - wyliczała Agnieszka. Podział ról był prosty: tata robi gwiazdy, mama robi obiad.

Rozwód rodziców i ulga, której się nie spodziewała

Ten model życia miał swoją cenę. Radwańska przyznaje, że rozpad małżeństwa rodziców ciągnął się latami, a ona sama widziała to z bliska. "To się nie stało z dnia na dzień, lecz ciągnęło się dość długo. W pewnym sensie poczułam ulgę, że ten niedobry okres w naszym życiu się skończył" - wyznała w tym samym wywiadzie.

Z ojcem relacja do dziś jest skomplikowana. "Tata ma trudny charakter, ale wiem, że zawsze chciał i nadal chce dla nas dobrze. Chyba jeszcze nie przyjął do wiadomości, że nie jesteśmy już małymi dziewczynkami" - mówiła Agnieszka. Z mamą to zupełnie inna historia. "Już od dawna nie jest to relacja matka-córka, lecz przyjaźń dwóch dorosłych babek" - podsumowała tenisistka z rozbrajającą szczerością.

Radwańska skończyła karierę jeszcze przed trzydziestką. Dziś, patrząc wstecz, widać że sukces na korcie miał swoją cenę - i płaciła ją nie tylko ona. Co myślicie - czy ojciec-trener to błogosławieństwo czy przekleństwo dla dziecka? Piszcie w komentarzach.