Fotel na środku trawnika, sudoku, gazeta. Taki jest Gabriel Wróblewski, gdy żona Małgorzata Pieczyńska dźwiga skrzynki z rozsadą. Blisko 40 lat razem i ani razu nie wziął łopaty.
Małgorzata Pieczyńska nie owijała w bawełnę. W rozmowie z magazynem "Świat i ludzie" aktorka opowiedziała o tym, co przez cztery dekady małżeństwa niezmiennie dzieli ją z mężem Gabrielem Wróblewskim.
Różnica jest prosta: ona kocha ogród, on - absolutnie nie.
Gabryś i fotel na trawniku
Ogród Pieczyńskiej leży poza Warszawą, gdzie mieszka i pracuje na co dzień. Para żyje w tzw. związku LAT - razem, ale pod oddzielnymi dachami. Na działce bywają razem, tyle że każde robi co innego.
"Kiedy jedziemy na działkę, to pierwszą rzeczą, jaką robi Gabryś, jest wyciągnięcie fotela na środek trawnika i oddanie się czytaniu gazet czy rozwiązywaniu sudoku. Mąż jest pozytywnie nastawiony do tego, co robię na działce, ale zupełnie się w to nie angażuje" - powiedziała aktorka.
Dodała jednak od razu: "Mąż może i mnie w tym nie wspiera, ale bardzo się cieszy, że czerpię z tego tyle radości".
Inaczej mówiąc - kibicuje z fotela. Przez 40 lat.
Natura zamiast terapii
Pieczyńska podkreśliła, że ogród to dla niej coś więcej niż hobby. Miłość do przyrody wyniosła od ojca, który uczył ją rozróżniania gatunków i szacunku do roślin. Dziś kontakt z naturą traktuje jak reset.
"Kontakt z naturą daje mi siłę do dalszej pracy. Odpoczywam, gdy patrzę na kwiaty, które wcześniej sama zasadziłam" - mówiła w tym samym wywiadzie.
W tym roku doszły nowe wyzwania - susza zmusiła ją do instalacji nawadniania kropelkowego, żeby nowe nasadzenia przetrwały jej nieobecność.
W związku różnic jest zresztą więcej. Aktorka przyznała, że mąż niewiele gotuje, więc regularnie przygotowuje mu posiłki na zapas. "Różnimy się bardzo i w wielu sprawach mamy zupełnie inne podejście, ale nasze światy mimo wszystko bardzo się ze sobą łączą" - podsumowała.
Czterdzieści lat razem, dwa oddzielne domy i jeden fotel na środku trawnika. Może to właśnie jest przepis na trwały związek?
Co wy na to - model LAT ma sens, czy to jednak za dużo wolności w małżeństwie? Piszcie w komentarzach.




