Transmisję z gali oglądała w Poznaniu, między jednym a drugim koncertem. Kiedy ogłoszono zwycięzcę i to nie było jej nazwisko, Maryla Rodowicz po prostu wyszła na scenę i zaśpiewała. A potem - dopiero potem - powiedziała, co naprawdę myśli.

Sześćdziesiąt lat kariery, dwa tysiące piosenek, dwadzieścia pięć płyt. I zero Fryderyków. To nie pomyłka - Maryla Rodowicz nigdy nie dostała tej statuetki, choć w tym roku znów była nominowana. Tydzień po ceremonii legendarna wokalistka nie ma już ochoty milczeć.

Kapituła nie słucha płyt? Rodowicz ma swoją teorię

W kategorii "Album roku pop" Rodowicz rywalizowała za krążek "Niech żyje bal" - zbiór nowych wersji swoich największych hitów nagranych z artystami młodego pokolenia. Wygrała Zalia z albumem "Serce".

Dla 80-latki to trzecia porażka w historii Fryderyków - wcześniej przegrała w 1995 i 1998 roku. W 2008 roku sama odmówiła przyjęcia Złotego Fryderyka za całokształt, bo nie zgadzała się z kryteriami kapituły.

Tym razem żalu nie ukrywa. W rozmowie z Plejadą przyznała:

"Było mi bardzo przykro, bo wiadomo, że każdy nominowany liczy na to, że dostanie tego Fryderyka. Byłam na koncercie w Poznaniu i miałam włączoną transmisję z gali. Widziałam na żywo, że nie dostałam statuetki, więc przykro było."

Ale to nie koniec. Rodowicz poszła dalej i wskazała, skąd jej zdaniem bierze się ten problem.

"Mam taką teorię, zresztą potwierdza to wielu moich znajomych z branży, że tych płyt w ogóle nie słuchają ci, co głosują. Dlatego często powtarzają się te same nazwiska i co roku dostają statuetki. Może to wynika z lenistwa, że nie chce im się słuchać tych płyt?" - mówiła w tej samej rozmowie.

Sama się nie spodziewała, że w ogóle ją nominują

Co ciekawe, jeszcze w kwietniu w rozmowie z Pomponikiem Rodowicz przyznała, że nominacja ją zaskoczyła - zdążyła się już przyzwyczaić do bycia pomijaną. I żartowała, że kapituła pewnie pomyślała: "Ona już schodzi, to jest końcówka, to damy nagrodę."

Żarty żartami, ale za tym wszystkim czai się autentyczny żal. Artystka, która przez dekady tworzyła płyty z czołówką polskich producentów - Smolikiem, Bogdanem Dąbrowskim - i słyszała, że branża ich nie zauważyła, ma prawo pytać głośno: dlaczego?

Pytanie tylko - czy kapituła Fryderyków w ogóle to słyszy.