Krystyna Janda nie ukrywa - myśli o śmierci co dzień. Legenda polskiego teatru i kina, która od 50 lat dominuje scenę, przeszła ostatnio ciężkie okresy pożegnań. Odejścia Jana Frycza i Magdy Umer zmieniły jej pogląd na życie i przyszłość.
Polska ikona mierzy się z przemijaniem
Krystyna Janda to jedna z najsłynniejszych postaci polskiego show-biznesu - aktorka, reżyserka, pisarka, felietonistka. Ukończyła warszawską Szkołę Filmową, na deskach teatrów zadebiutowała w 1976 roku. Przełomem była rola w "Człowieku z marmuru" Andrzeja Wajdy - film, który na zawsze zmienił jej losy. Na koncie ma ponad 80 ról filmowych, ponad 60 telewizyjnych i około 70 teatralnych. Zdobyła Złotą Palmę w Cannes za "Przesłuchanie" i Srebrną Muszlę w San Sebastian.
Ale zawodowe sukcesy to jedno. W ostatnich miesiącach Janda mierzy się z czymś, czego żaden scenariusz nie przygotuje.
"Każdego miesiąca umiera ktoś, kogo znałam"
W rozmowie z Kozaczkiem aktorka otwarcie mówiła o tym, jak częste pożegnania zmieniły jej myślenie. Odejście bliskich ze środowiska artystycznego - Jana Frycza, a zwłaszcza nieoczekiwana śmierć Magdy Umer - sprawiło, że zaczęła intensywniej myśleć o kruchości ludzkiego życia. "Jestem w takim wieku, że właściwie co miesiąc umiera ktoś, kogo znałam, albo znam, albo był mi bliski, albo z którym pracowałam. Także tych rozstań ostatnio mamy naprawdę bardzo dużo" - wyznała.
To nie jest pesymizm. To realistyczne spojrzenie kogoś, kto przez pół wieku obserwował branżę i wie, że każdy dzień to dar. "Każdy dzień może być dla człowieka tym ostatnim, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy" - podsumowała.
Teatry i fundacje to jej spuścizna
Janda nie siedzi jednak w rozpamiętywaniu. W 2004 roku założyła Fundację na Rzecz Kultury, rok później otworzyła Teatr Polonia w Warszawie. W 2010 pojawił się Och-Teatr. Dziś pełni rolę dyrektorki artystycznej Polonii i nadal aktywnie graje - niedawno widzieliśmy ją w filmowej ekranizacji "Lalki" jako Hrabinę Joannę Karolową.
Aktorka jest pewna, co chciałaby pozostawić po sobie. "Nie zostawiam po sobie zgliszczy. Przede wszystkim te fundacje i dwa teatry funkcjonują świetnie. Mam nadzieję, że w pewnym momencie przejmie to moja córka i będzie dalej to prowadziła, a ja po prostu będę kradła, dopóki będę mogła. Dopóki publiczność będzie kupowała na mnie bilety" - zażartowała.
Nie jest to jednak zwykły żart. To świadomość artystki, która wie, że scena to jej drugie życie. Mimo problemów zdrowotnych czy dodatkowych obowiązków - gra. "Nawet jak mam wysoką temperaturę, staram się grać i nie odwołać spektaklu" - podkreślała.
Refleksja Jandy o przemijaniu nie brzmi jak rezygnacja. To raczej przyjęcie nieuchronności i jednoczesne zakorzenienie się w tym, co dziś można jeszcze zrobić. Każdy dzień na scenie to triumf nad czasem.
Co myślisz o takim podejściu do życia? Podziel się w komentarzach.










