Poznali się przy 'Makbecie', a jego mama rozpoznała Joannę jako dawną uczennicę. Romantyczny start, ale co potem? Moro mówi wprost: nie było łatwo.

Joanna Moro i Mirosław Szpilewski są razem od 18 lat. W show-biznesie to rzadkość, niemal osobliwość. Aktorka nie ukrywa jednak, że za tą trwałością stoi codzienna, mozolna praca - nie bajkowa miłość bez skazy.

Jak to się zaczęło

Poznali się w Teatrze Dramatycznym podczas spektaklu 'Makbeta'. Mama Szpilewskiego rozpoznała w Joannie dawną uczennicę i przedstawiła jej syna. Reszta, jak to mówią, była już historią. W wywiadzie dla 'Gali' Moro wspominała, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Ona potrzebowała chwili dłużej: "Ujął mnie powagą i inteligencją, a że wydał mi się też bardzo przystojny, szybko odwzajemniłam jego uczucie".

Dziś mają trójkę dzieci - synów Mikołaja i Jeremiego oraz córkę, która przyszła na świat w styczniu 2020 roku.

'Jesteśmy bardzo różni'

Ich związek przeżył już niejedno. Największy kryzys? Plotki, które wybuchły w czasie, gdy Moro tańczyła w 'Tańcu z gwiazdami'. Część widzów była przekonana, że chemia między nią a partnerującym jej tancerzem jest zbyt intensywna, by była wyłącznie sceniczna. Moro nigdy nie potwierdziła tych spekulacji.

Z perspektywy czasu, w podcaście Anny-Marii Siekluckiej, opowiedziała o tym, jak naprawdę wygląda jej małżeństwo: "Nasza relacja nigdy nie była łatwa. Jesteśmy z mężem bardzo różni. Czasami się nie rozumiemy, czasami się gubimy, ale cały czas razem budujemy. Dzisiaj bardziej doceniam codzienność niż wielkie deklaracje".

Nie ma tu słodkiej ściemy. I dobrze.

W tym samym podcaście opisała też, dlaczego ona i mąż w ogóle do siebie pasują - mimo że trudno o bardziej przeciwne temperamenty: "On jest ziemią, a ja ogniem. Ja chciałabym stale próbować nowych rzeczy, takich jak skok ze spadochronem czy lot balonem. Lubię smak adrenaliny. Mirosław mnie uspokaja i daje mi poczucie bezpieczeństwa".

I ten jeden sekret, który - według niej - ratuje im związek: "Wiesz, co nas ratuje? Podróże. To jest moment, kiedy wracamy do siebie".

Czyżby recepta na trwały związek była prostsza niż myślimy? Kupić bilety i po prostu wyjechać razem. Co wy na to?